16331. Gdańsk i Elbląg w pierwszych dniach po II WŚ

Historie zasłyszane, pamiętniki, legendy rodzinne. Z urwanych słów, z kilku strzępków opowieści, gdy się wsłuchasz wysnujesz obraz ich życia - zamglony, niewyraźny i jakiś taki bliski niezmiernie ...
* CO W DZIALE? - Opowiadania rodzinne, historie zasłyszane, fragmenty pamiętników, niepotwierdzone legendy, historie o duchach, historyjki o zwierzętach domowych, o pokojach, powozach, klombach kwiatowych w ogrodzie, figurkach itp. Wszystkie nawet drobne, beletrystyczne rodzinne zapisy z dawnych czasów. Opowiadania mogą mijać się z prawdą, być niesprawdzone, pisane stylem dowolnym.
* OPISY - Przy dłuższych opowiadaniach można na początku wprowadzić indeks osób, miejsc, lub wydarzeń.
* POMOC - Trudności proszę sygnalizować w dziale "Poradnia", na wszystkie odpowiemy, tworząc jednocześnie FAQ
* PISANIE - Bardzo prosimy umieszczać w tekście znaczniki do leksykonu, lub innych działów. np. znacznik [leks] odsyła do hasła w leksykonie. znacznik [leks=] prowadzi do hasła innego niż link (np. inna forma gramatyczna). Leksykon. Pozwoli to czytelnikom korzystać z szerzej informacji.

Gdańsk i Elbląg w pierwszych dniach po II WŚ

Postprzez Marcin » 23.02.2012

Gdańsk i Elbląg w pierwszych dniach po II WŚ
(wspomnienia Tadeusza Topolnickiego - organizatora pracy skarbowej w tych miejscowościach)

Pierwsze dni



Dzień 18 stycznia 1945 r. Niemcy uciekają w popłochu z Krakowa. Przed naszą kamienicą przy ul. Brodzińskiego wczoraj wieczór stał czołg, dziś już go nie ma. Leży w tym miejscu duży, nieżywy wilczur. Wiem, co to za pies. To pies jednego konfidenta.
Wczoraj armaty grały, siedzieliśmy w schronie. Czasami wychodziłem, by rozpoznać sytuację lub przynieść coś do zjedzenia. Podczas jednej z nieobecności w schronie przeżyłem trzy potężne detonacje: wysadzenia mostu i gazowni. Dla mnie skończyło się to lekką raną czoła. Dziś, kiedy wychodzę rankiem, widzę młodziutkiego żołnierzyka radzieckiego, który z pepeszą w ręce idzie naszą ulicą. Prowadzi trzech Niemców wydobytych z jakiejś kryjówki.
W tydzień później, 25 stycznia, zgłosiłem się w Izbie Skarbowej do pracy, gdzie spotkałem się z propozycją przystąpienia do Grupy Operacyjnej Gdańsk. Kraków miał dużo fachowców, więc stąd właśnie wysyłano największe grupy operacyjne do Wrocławia, Gdańska i na inne tereny Ziem Odzyskanych, celem zorganizowania tam skarbowości. Zgodziłem się na tę propozycję. Kierownictwo Grupy Gdańsk powierzono magistrowi Józefowi Kawie, który do wojny pracował w pionie skarbowym w Katowicach. Innych kandydatów dobierano też bardzo starannie, gdyż musiał to być zespół organizatorów, ludzi nie obawiających się trudu.
W kwietniu 1945 Ministerstwo Skarbu zarządziło wyjazd naszej Grupy Operacyjnej do Gdańska, z obowiązkiem zgłoszenia się po drodze w Warszawie.
Izba Skarbowa w Krakowie zaopatrzyła nas w delegacje oraz dwujęzyczne (polsko-rosyjskie) zaświadczenia zobowiązujące władze cywilne i wojskowe do udzielania pomocy. Zaświadczenia podpisał dyrektor Izby Skarbowej w Krakowie — Długołęcki.
Wyjechaliśmy z Krakowa pociągiem towarowym w dniu 19 IV 1945 r. w następującym składzie: mgr Józef Kawa (późniejszy dyrektor Izby Skarbowej w Gdańsku), mgr Antoni Bielecki, mgr Władysław Deńca, Stanisław Górnikiewicz, Piotr Kubaszewski, mgr Franciszek Kuliński (zamieszkały obecnie w Gdańsku), Mieczysław Magiera, mgr Mikołaj Majkowski, Władysław Miś, Stanisław Ogorzały, dr Tomasz Słonina (zam. obecnie w Warszawie), Tadeusz Topolnicki (zamieszkały obecnie w Krakowie), mgr Józef Trawiński, Józef Wieliński, dr Eugeniusz Żemła, a w Warszawie przyłączyli się: mgr Bolesław Tomaszewski i Stefania Zasadzińska.
W Ministerstwie Skarbu zaopatrzono nas w pełnomocnictwa i wyasygnowano kwotę 300 000 zł na potrzeby organizacyjne. Ponieważ już w Krakowie byłem przewidziany na p.o. kierownika Wydziału III, od razu przejąłem ten „skarb" oraz otrzymałem polecenie dokonywania w drodze koniecznych wypłat, na ustne polecenie, prowadząc ewidencję wypłat w notesie. Suma 300 000 zł, przeważnie drobnymi banknotami, złożona w zwykłym worku jutowym, przywiązała mnie do siebie bez reszty na pełne 24 godziny. Trapiłem się tym przywiązaniem do „skarbu" niemiłosiernie, wszyscy poszli oglądać zniszczenie stolicy, a ja siedziałem i warowałem jak pies. Po noclegu w Warszawie ruszyliśmy samochodem ciężarowym do Gdańska, okrężną drogą. Od Tczewa jechaliśmy terenem graniczącym z nie wygasłym frontem. Słychać było armaty na Helu.
Gdańsk i Wrzeszcz przedstawiały żałosny obraz. Ruiny, dymy pożarów powodowanych przez sabotaż niemiecki...
Wojewoda przyjął nas od razu, wysłuchał mgra Kawę życzliwie i przyjął do wiadomości fakt rozpoczęcia prac organizacyjnych władz skarbowych. Miał tylko jedną wątpliwość:
— Co chcecie opodatkować na takim ekonomicznym pustkowiu? — zapytał.
Wielkiej pomocy nie obiecywał: „radźcie sobie sami". Sam miał zbyt dużo innych trudnych spraw, tyle że przyjął nas do swojej stołówki, w której otrzymywaliśmy dzień w dzień talerz zupy (ziemniaki rozgotowane w wodzie i osolone) oraz kawał razowca. W wygłodzonym Gdańsku lic2?yło się to jednak.
Naglącą sprawą było wyszukanie noclegu. Znaleźliśmy w jakiejś willi na parterze dwa pokoje, poznosiliśmy materace z rozwalonych domów i urządziliśmy legowisko na podłodze.
Zaraz dnia następnego rozpoczęła się w tym samym lokalu praca organizacyjna. Zarówno spanie, jak i urzędowanie odbywało się dosłownie na podłodze. I tak: mgr Tomaszewski jako naczelnik Wydziału I wraz z drem Zemlą, kierownikiem oddziału osobowego, rozpisywali ogłoszenia o przyjmowaniu do pracy na stanowiska w całym okręgu gdańskim. Nie wiadomo, jakimi drogami wieść obiegła teren, gdyż już dnia następnego zgłosili się kandydaci, i co dzień było ich więcej. W kolejności pisano więc dekrety, zawierano z nimi umowy oraz „brano w posiadanie teren". Sprawy gospodarcze powierzono kol. Magierze (zaczął od rozglądania się za właściwym pomieszczeniem dla biura). Mgr Trawiński z drem Słoniną otrzymali nadzór akcyzowo-monopolowy. Mgr Bielecki siedząc dosłownie na podłodze pisał na maszynie okólnik o rejestracji
przedsiębiorstw handlowych, rzemieślniczych i usługowych w celu wymiaru podatku obrotowego i dochodowego oraz w przedmiocie poboru zaliczek tych podatków. Ja rozpocząłem organizację Wydziału III od wprowadzenia ładu w gospodarkę pieniężną. Założyłem rejestry przychodów i wydatków („z głowy", bo druków nie było), wprowadziłem zlecenia asygnowania, asyaty kasowe... ,
Tu nasuwa się uwaga: Większość z nas nie znała „na pamięć" przepisów prawnych, książek nie mieliśmy, aż dziw, że nie popełnialiśmy błędów i wszystko odbywało się zgodnie z prawem.
Ale życie w Gdańsku to był nie tylko urząd. A poza urzędem — nic nie można było dostać (oficjalnie) do jedzenia, handel nie istniał, na czarnym rynku drożyzna potworna. Jeden kilogram słoniny kosztował
300 zł i nawet za tę cenę trudno ją było dostać. Pensja starczyła na kilka kilogramów.
Skutki wojny były widoczne na każdym kroku. Czuć je było także! W niedalekim od naszego urzędu lasku leżało kilkadziesiąt padłych koni prawdopodobnie zabitych przez uciekające hitlerowskie wojsko. Fetor na
"pó kilometra. Wszędzie napotykałem zwłoki niemieckich żołnierzy stadium rozkładu. Zwłoki ludzkie zakopywane były, gdzie popadło. Na chodniku, po którym chodziłem codziennie do pracy, w jednym miejscu płyty się uginały, aż pewnego dnia cuchnąca posoka rozkładu wypłynęła szczelinami chodnika.
Prywatnych mieszkań szukaliśmy każdy na własną rękę. Znaleźliśmy spokojnie z kol. Kulińskim mieszkanie u dwóch starych Niemek zajmujących czteropokojowe mieszkanie we Wrzeszczu. Przeszło miesiąc chodziliśmy piechotą trasą Sopot—Wrzeszcz i z powrotem. Nie ominęły mnie też przygody makabryczne. Na przykład nieco później, w Elblągu, często chodziłem nocą w poprzek cmentarza, starając się skrócić drogę. Jednej nocy potknąłem się o coś. Macam i czuję pod ręką wyszczerzone zęby, włosy... Człowiek? Zmykam co sił. Dopiero na drugi dzień stwierdziłem, że jacyś szabrownicy wywlekli na ścieżkę trzy trumny z grobów wyrzucając z nich trupy.
Miałem też przygody wesołe. Kupiłem np. od przygodnego przechodnia rower na jednym rogu, a na następnym narożniku inny przechodzień mi go odebrał, twierdząc, że to jego, skradziony. Uciechę mieli nie lada, a ja poniosłem stratę.
Kiedyś przechadzając się na plaży sopockiej obok murów spalonego kasyna zobaczyłem stos naczyń stołowych — talerzy, kubków, spodków itp. Zaalarmowałem kolegów, powybieraliśmy zdatne egzemplarze, poznosiliśmy do naszej willi. To były początki własnej stołówki.
Trudy codziennego bytowania zrodziły myśl powołania organizacji związkowej. Myśl chwyciła. Podjęto uchwałę, wybrano zarząd, mgra Deńca jako przewodniczącego (mnie wybrano zastępcą). W niewielkiej odległości od naszego budynku biurowego stała samotna willa zupełnie bez okien. Obejrzeliśmy ją z kolegami — był tam widocznie skład odzieży przeciwiperytowej — lecz zupełnie przeszabrowany. Zastanowiło mnie, że nie tylko szyb brakuje, ale całych ram okiennych. Zacząłem czynić szczegółowe poszukiwania i w jednej z piwnic, do której wejście było zawalone różnymi skrzyniami i śmieciami, znalazłem wszystkie ramy z szybami. Radość ogromna, bo szyby były skarbem. Założyliśmy okna, dorobiliśmy zamknięcia, wymalowaliśmy lakierem duży napis „Związek Zawodowy Pracowników Skarbowych", uporządkowaliśmy wnętrze i rozpoczęliśmy — tam właśnie — organizować własną stołówkę. Kol. Magiera i p. Deńca wyjechali do Inowrocławia, skąd przywieźli ziemniaków, kaszy i mąki, zatrudniliśmy do kuchni Niemki i już mieliśmy własną strawę i to trzy razy dziennie! (Urząd bez stołówki znacznie mniej się wtedy liczył).
Ponieważ większość mego życia urzędniczego spędziłem w pracy kon- cepcyjnej, niezupełnie dobrze czułem się w rachunkowości. W lipcu 1945 r. poprosiłem więc mgra Kawę, by powierzył mi organizację Urzędu Skarbowego w Elblągu. Zgodził się, wydał upoważnienie, dał zaliczkę w gotówce 10 000 zł, woźnego — ogromnego chłopa, żulika warszawskiego, i jako wiatyk na drogę polecenie:
— Jedź, a pamiętaj, już za miesiąc złóż sprawozdanie.
Elbląg przedstawiał wówczas tragiczny obraz. Zniszczenia były równe,
O ile nie większe, jak w Gdańsku. Całe dzielnice: handlowa, portowa i stocznia — zupełnie wyludnione. Drogi zarastały chwastami. Pozostałe dzielnice mieszkaniowe również prawie puste. Miasto, które liczyło 105 000 mieszkańców, miało wtedy około 2000 Niemców i nie więcej pierwszych polskich osadników.
Prezydent miasta — zadzierzysty marynarz, z przeoraną bliznami twarzą, oświadczył zgodnie z tym, co się wszędzie słyszało:
— Organizujcie jakoś, lecz ode mnie pomocy nie oczekujcie, ja na razie rządzę przy pomocy tego — tu pokazał stojącą w kącie pepeszę.
Więc zaczęliśmy sobie „jakoś" radzić.
Znalazłem w budynku parterowym jedną izbę z szybami i tam wywiesiłem napis „Urząd Skarbowy". Z woźnym przenieśliśmy z ruin pobliskiego domu mieszkalnego biurko (uszkodzone, lecz jeszcze zdatne do użytku), potem woźny udał się na poszukiwanie w ruinach papieru i kleju czy mąki na klej, wypisałem ręcznie (nie miałem maszyny ani pieczęci) ogłoszenie, że potrzebuję urzędników, a woźny je na murach porozlepiał.
I o dziwo: zaczęli się zgłaszać kandydaci. Wyboru nie było wielkiego, więc za wystarczającą uznałem znajomość pisania (na błędy nie zwracałem uwagi) i rachunków w zakresie czterech działań. Przyjąłem takich paru. Wypisałem im dekrety przyjęcia do pracy. Wydałem zaświadczenia, by mogli zająć mieszkania. I... tylem ich widział. Zapewne w kilka dni potem angażowali się już gdzie indziej.
Coś w dwa tygodnie potem miałem jednak bardziej stałą kadrę. Ludzi całkiem surowych. Nie tylko w zakresie spraw Urzędu Skarbowego. Uczyłem więc ich podstawowych wiadomości tak z zakresu zagadnień wymiaru podatków, jak spraw księgowości oraz zadań aparatu egzekucyjnego.
W tych początkowych dniach Elbląg był lepiej zagospodarowany niż Gdańsk. Były już pierwsze placówki handlowe, rzemieślnicze i usługowe. Najlepsze interesy robił piekarz — spekulant. Ale mąkę musiał sprowadzać z terenów tak odległych, że tracił całe transporty rekwirowane po drodze. Mimo to co drugi czy trzeci samochód udawało mu się przywieźć. Toteż on właśnie był pierwszym moim podatnikiem (a właściwie płacił zaliczki na poczet podatków) i dlatego nigdy go nie zapomnę. Panował jednak głód. Co dzień widziało się pogrzeby. Karawan stanowił zwykle ręczny wózek, wieziono na nim zwłoki owinięte w koc lub prześcieradło.
Pierwsze wpłaty podatkowe to był prawdziwy prymityw. Nie miałem kwitariuszy, nie miałem pieczęci, pokwitowania wystawiano na skrawkach makulatury znalezionej w ruinach biur. Dbałem jednak, aby wypisywać wszystko przez kalkę, a kwit zawierał cechy urzędowo wymagane. Zamiast pieczęci zastosowałem system podpisu komisyjnego: czterech osób naraz. Gdyby taki dowód się dziś znalazł, byłby nie lada osobliwością.
Ponieważ poczta nie przyjmowała pieniędzy, a banki były dopiero w trakcie organizowania, posiadaną zaliczkę na wydatki oraz wpłaty podatkowe nosiłem w kieszeni. Robiłem to dość długo, aż zacząłem się wreszcie niepokoić — wiadomo, czas wojny, portfel w kieszeni niepewny. Zacząłem więc chować całą urzędową gotówkę do mojej kuchni. Leżała tam w rogu kupa koksu. Zawijałem pieniądze w papier i brudne szmaty i zagrzebywałem w koksie. Ponieważ węgla i koksu było w piwnicach zburzonych domów dużo, liczyłem, że moje schowanko może być bezpieczne. Nie myliłem się. Szabrownicy mieszkanie moje niejeden raz otwierali i szabrowali, co popadło, lecz zaniedbali grzebać w koksie. W moim pierwszym mieszkaniu gnieździły się szczury. Jeden stary szczurzy patriarcha upodobał sobie firankę w głowach mego łoża i wyprawiał przepocieszne harce, właśnie wtedy, gdy ja leżałem w łóżku. No, ale że żyliśmy w przyjaznej symbiozie, nie próbował mojego mięsa. Był syty, dużo miał padliny.
Kiedy do Elbląga przyjechał ppłk Nieczuja Ostrowski, w celu wyszukania wioski czy osiedla, w którym mógłby osiedlić swoich żołnierzy, z moją pomocą i kierownika PUR wybrał wioskę niedaleko Tolkmicka, którą nazwano Nowy Kościół (zwała się dawniej Neue Kirche). Niedługo zjechali jego byli żołnierze, niektórzy z kobietami i zaczęli wieś zagospodarowywać. M. in. założyli pierwszą spółdzielnię rybacką, do której i ja się zapisałem. Prowadzili początkowo wspólną kuchnię (jak w pierwotnej wspólnocie), potem się bardziej zindywidualizowali.
Po pewnym czasie udało mi się sprowadzić dobrego kolegę p. Boronia z Brzeska, który objął kierownictwo księgowości i egzekucji. Praca naszego urzędu stawała się przez to sprawniejsza i lepsza.
... I tak pusty powiat powoli, powoli zaczynał pulsować życiem, początkowo bardzo trudnym, lecz z dnia na dzień widoczna była poprawa.

[opowiadanie opublikowano w: Pamiętniki Urzędników, Czytelnik, Warszawa 1976 (część rękopisu wspomnień)]
"Ateista - to ktoś wierzący w brak wiary, i twierdzący że wierzenie jest bez sensu"
Avatar użytkownika
Marcin
Administrator
Administrator
Lokalizacja: Kraków
Medale: 1
Pomoc techniczna (1)
Imię i nazwisko: Marcin Niewalda

Powrót do Opowiadania