1500. Ignacy Sołtan adiut.Piłsudskiego i Prez.Narutowicza

Historie zasłyszane, pamiętniki, legendy rodzinne. Z urwanych słów, z kilku strzępków opowieści, gdy się wsłuchasz wysnujesz obraz ich życia - zamglony, niewyraźny i jakiś taki bliski niezmiernie ...
* CO W DZIALE? - Opowiadania rodzinne, historie zasłyszane, fragmenty pamiętników, niepotwierdzone legendy, historie o duchach, historyjki o zwierzętach domowych, o pokojach, powozach, klombach kwiatowych w ogrodzie, figurkach itp. Wszystkie nawet drobne, beletrystyczne rodzinne zapisy z dawnych czasów. Opowiadania mogą mijać się z prawdą, być niesprawdzone, pisane stylem dowolnym.
* OPISY - Przy dłuższych opowiadaniach można na początku wprowadzić indeks osób, miejsc, lub wydarzeń.
* POMOC - Trudności proszę sygnalizować w dziale "Poradnia", na wszystkie odpowiemy, tworząc jednocześnie FAQ
* PISANIE - Bardzo prosimy umieszczać w tekście znaczniki do leksykonu, lub innych działów. np. znacznik [leks] odsyła do hasła w leksykonie. znacznik [leks=] prowadzi do hasła innego niż link (np. inna forma gramatyczna). Leksykon. Pozwoli to czytelnikom korzystać z szerzej informacji.

Ignacy Sołtan adiut.Piłsudskiego i Prez.Narutowicza

Postprzez jerzy » 15.11.2008

Rozdział „Virtuti Militari”

20 marca w roku 1921 była niedziela. Na rozległej polanie między lasami, pod Tomaszowem Lubelskim, od rana ustawiała się VI Brygada Jazdy. Spośród jej pułków tylko czternasty ułanów stacjonował pod Tomaszowem.
Pułk nasz stał na kwaterach w kilku wioskach na północ od Tomaszowa- wspominał po latach generał Antoni Grudziński, stary jazlowiak, wówczas porucznik, adiutant pułku.- Na kilka dni przed uroczystością nadszedł rozkaz Naczelnego Wodza, że pułkowi zostanie wręczony sztandar, odbędzie się jego dekoracja i dekoracja ułanów.
Niebywała radość zapanowała wśród nas. Z tym większym zapałem zabrano się do czyszczenia rynsztunku, broni, koni i w końcu samych siebie, a raczej swoich mundurów.
Dość trudne to, gdyż cały nasz ekwipunek jeszcze z pól bitewnych. Co można było, sprowadzono ze szwadronu zapasowego, ze Lwowa. Co prawda, niewiele tego. Ale dla ułanów, a jazłowiaków w szczególności, nie było nic niemożliwego. Gdy pułk zebrał się do marszu, do Tomaszowa, sami siebie nie poznawaliśmy, tak byliśmy <<wyglansowani>>, odświeżeni, wyglądaliśmy po prostu imponująco”. (G 5).
Ułani krechowieccy nadciągnęli poprzedniego dnia ze swego tymczasowego garnizonu, z Hrubieszowa, i rozłożyli się na kwaterach pod Tomaszowem. Dwunasty ułanów stacjonował wówczas pod Zamościem (brak na ten temat dokładnych informacji) i najprawdopodobniej przybył wprost z stamtąd.
Dzień wypadł słonecznyi ciepły. Czuło się w powietrzu zapach wiosny. Zaczynała zielenieć trawa, pąki drzew i krzewów. Śniegu ni śladu. Około dziewiątej na polanie zabrzmiały dźwięki orkiestr. To nadjeżdżające pułki witały się, grając sobie nawzajem marsze pułkowe. Brygada stawała w szyku.
Od prawego skrzydła I Pułk Ułanów Krechowieckich ze sztandarem, na którym miał tego dnia zawisnąć Srebrny Krzyż Orderu Wojskowego „Virtuti Militari”. Czapki krechowiaków
(okrągłe, jak w większości ówczesnych pułków kawalerii) z amarantowymi otokami, austriackie kożuszki kryte szarym suknem, amarantowo-białe proporczyki na lancach w pierwszym szeregu (i na kołnierzach kurtek, niewidocznych spod kożuszków).
Szwadrony na gniadoszach. Przed frontem dowódca: niespełna trzydziestoletni major Zygmunt „Zaza” Podhorski, jeden nie tylko z najwybitniejszych, ale i najurodziwszych oficerów jazdy: śmiała, męska, typowo polska twarz, wąsaty, wysoki, postawny, ułan całą gębą. „Pułk Krechowiecki!- pisał Melchior Wańkowicz w Strzępach epopei.
- Wychudzony i wyniańczony przez pierwszego swego dowódcę, śp. pułkownika Mościckiego …zasłuchany, zapatrzony w prawzory polskiego ułana, świetny, wymuskany pułk, górnie noszący tradycje ułańskie zarówno w polu, jak i w salonie, zarówno na rewii, jak w walce. O nich żołnierska śpiewka mówi:
Zawsze pierwsi, zawsze znani,
Krechowiacy są ułani.
Jednak ci << zawsze pierwsi >> nie << zawsze znani >> byli. Kiedy wrócili do kraju, inne pułki miały tu tradycję obywatelstwa … Pierwszy Pułk Krechowiecki nie znalazł się wtedy na parkietach politycznych salonów, żaden mundur krechowiecki nie stanął do jakiejkolwiek bądź zamachowej roboty.
<< Zawsze znani >> bez żadnego << ale >> poszli od pierwszego dnia w pole i zapisali sobie najpiękniejszą kartę, jaką dobra służba żołnierska zapisać może”. ( W 1 )
Drugi z kolei stawał do brygadowego szyku 14 Pułk Ułanów Jałowieckich. Żółte – słonecznikowe otoki czapek, na lancach i kołnierzach proporczyki żółte z białą żyłką.
Ułani w granatowych, szamerowanych żółtymi pętlicami, kożuszkach po austro – węgierskich huzarach. Szwadrony liniowe na kasztankach, szwadron karabinów maszynowych na karych koniach. Trębacze siedzieli na bułankach, nie na siwkach jak w pozostałych pułkach polskiej kawalerii. Zwyczaj przeniesiony z rosyjskiego 12 Pułku Huzarów Achtyrskich, którego oficerem był twórca i pierwszy dowódca czternastego pułku – teraz dowodzący VI Brygadą – pułkownik Konstanty Plisowski, „ Stary Plis” (miał wtedy ledwie trzydzieści lat).
A jazłowiakami w owym dniu wiosennym, uroczystym, w roku dwudziestym pierwszym, dowodził major Jerzy Bardziński, do niedawna jeszcze oficer ułanów krechowieckich.
„Ma charakter specjalny, różniący go od tylu innych pułków, formowany normalnie – tak określił 14 Pułk Ułanów we wspomnianej książce Melchior Wańkowicz. – We włóczęgach dalekich, w marszach i w bojach wypaździerzył się z pułku wszelki mniej hartowany element.
Do kadry tej, która kompletowała się w lotnej tułaczce bojowej po kozaczych stepach, przywierały tylko duchy twarde albo niespokojne. Wielu tam służyło Polaków, co nigdy nie widzieli Polski … często, gęsto niejeden tam kozak przywarł, teraz z nagła okazawszy się na regularnej służbie u Rzeczypospolitej. Przyszłość i skład żołnierski dają pułkowi egzotyczny charakter … Jałowiecki pułk, wolonterski: w rewiach może nie tak świetny jak inne, w walkach wyrobił sobie ustaloną reputację. Popularna piosenka mówi o nim że:
Zawadiacko głowę nosi
I do szarży sam się prosi.
W kampanii latem 1920 roku pułk stracił trzydziestu ośmiu oficerów”. ( W 1 )
Trzecim pułkiem Brygady ( drugim w kolejności numerów, ale że jego sztandar nie miał być wtedy odznaczony , oddawał swoje miejsce jazłowiakom) był dwunasty ułanów.
Amarantowe otoki, amarantowo-granatowe, z białą żyłką, proporczyki, szare kożuszki. Szwadrony liniowe siedziały na gniadoszarych, szwadron karabinów maszynowych na siwkach. Na czele zastępca nieobecnego dowódcy – pułkownika Mikołaja Koiszewskiego – major – major Włodzimierz Kownacki
„Dwunasty Pułk Podolski, prapoczątek swój biorący w tzw. III Korpusie Polskim na Ukrainie, rozbity ongi w krwawej rzezi przez zalew uzbrojonego chłopstwa pod Niemirowem.
W pułku tym zgrupowała się podolska młodzież ziemiańska, toteż podśpiewywano mu, że
Po majątki na Podole
Pułk dwunasty rusza w pole.
Jeśli jednak zważyć, że w kampanii tego lata (1920 roku) pułk stracił trzydziestu dwóch zabitych i rannych oficerów, że w ciągu dwóch miesięcy padło mu na linii kolejno sześciu dowódców, to musimy przyznać, że ta młodzież za majątki płaciła cenę pełną,” – stwierdza Wańkowicz. ( W 1 )
Wreszcie 6 Dywizjon Artylerii Konnej majora Stefana Maleszewskiego. Czarne otoki czapek, czarno – karmazynowe proporczyki na kołnierzach kurtek, szare kożuszki. Działa, jaszcze, obsługa konno. Niezawodna w boju pomoc dla ułańskich szwadronów. Tradycje Włodzimierza Potockiego. Romantyka Sołtyka (którego honorowe szefostwo w grudniu 1937 roku otrzyma 6 dywizion) Józefa Bema. Miała i artyleria konna swoje przyśpiewki. Jak choćby taką:
Z bolszewików lecą flaki
Kiedy leją nasze daki.
,,… rano, około godziny siódmej, wyruszyliśmy na zbiórkę – pisał w czterdzieści siedem lat potem Zygmunt Mianowski, w roku 1921 podporucznik w trzeciej baterii 6 daku. – Staliśmy tej nocy w Rohoźnie, tuż pod Tomaszowem, i mieliśmy blisko. Był cudny, świeży poranek wiosenny, ptaki aż zalewały śpiewem, była siwa rosa. W promieniu kilku kilometrów naokoło Tomaszowa nocowały, a teraz się zbierały – oddziały wojska. Wszędzie odzywały się sygnały grane na kornetach oraz odgłosy odpowiedzi na powitanie dowódców”. (M 5 )
Stanęła VI Brygada do przeglądu w wiosennym słońcu. Naprzeciw – jak to przy niedzieli – gromady mieszkańców Tomaszowa zwabionych niecodzienną uroczystością. Mija godzina dziewiąta. Od prawego skrzydła komendy. Dowódcy pułków wyjeżdżają przed front szwadronów. Zbliża się brygadier.Zatrzymuje się przed każdym pułkiem, przed dywizjonem. Raport dowódcy. Uważne spojrzenie na szeregi. I przywitanie:
- Czołem wam, ułani!- na które gromka, żołnierska odpowiedź:
- Czołem, panie pułkowniku!
A przy dywizjonie artyleryjskim:
- Czołem wam, konni aryleżyści!
Plisowski w czapce z Jałowieckim otokiem, szary kożuszek, beżowe bryczesy ze sztruksu, bajeczne eleganckie buty od Hiszpańskiego, srebrne ostrogi. Koń gniady, z białą strzałką i pęcinami, ostry, twardo trzymany wprawną ręką jeźdźca. Plisowski: szeroka, męska twarz, bystre, uważne oczy, krótko przycięte czarne wąsy. Potężna postać pułkownika na roztańczonym gniadoszu pojawia się przed kolejnymi oddziałami Brygady: raport, przywitanie, przejazd przed frontem.
Dźwięki fanfar. Na czoło brygadowego szyku podjeżdża dowódca I Dywizji Jazdy pułkownik Juliusz Rómmel. Czterdziestolatek. Drobna postać, mała główka z ostrym nosem, sztywne wąsy. W mundurze konnego artylerzysty, z cyframi 6 daku na naramiennikach.
Podjeżdża pułkownik Plisowski z dobytą szablą. Salut. Meldunek. Przegląd stojących na polanie oddziałów. Krótka rozmowa z brygadierem:
- Jadę na spotkanie Komendanta. Ty złożysz raport…
- Tak jest, panie pułkowniku!
Rómmel puszcza konia w cwał. Wspaniały, złocisty kasztan rwie całym pędem. Za nim gromada oficerów asysty na wierzchowcach różnego autoramentu.
Brygada czeka. Cisza. Cisza. Tylko proporczyki łopoczą na wietrze. Chrzęst rzędów końskich. Pobrzęk ostróg o strzemiona.
Naczelny Wódz ma dokonać przeglądu Brygady, wysłuchać mszy polowej, udekorować Krzyżem „Virtuti Militari” sztandar I Pułku Ułanów Krechowieckich i 14 Jazłowieckich, a także wszystkich oficerów i szeregowych odznaczonych tym orderem, dotychczas nie dekorowanych.
VI Brygada Jazdy święci swój wielki dzień, swoje dożynki po znojnym trudzie ułańskiego lata

Dochodzi godzina jedenasta. Powozem dowódcy czternastego ułanów nadjeżdża ze stacji kolejowej Marszałek Piłsudski. Ą do za nim asysta . W Tomaszowie nie było stacji kolejowej (nie ma jej zresztą i dziś). Najbliższa stacja to Bełżec, oddalony oddalony o jakie siedem kilometrów. Tam więc udał się po Marszałka i jego świtę pułkownik Rómmel z towarzyszącymi mu oficerami. Tam też, przed stacyjny budyneczek, zajechały słynne szpakowate rysaki jazłowieckie – zaprzężone do powozu dowódcy pułku – przyprowadzone z Odessy, kiedyś podobno należące do szejka perskiego, zmienną koleją losu wożące teraz polskiego pułkownika, wysłane tego dnia po Naczelnego Wodza, który nadjeżdża właśnie przed prawe skrzydło brygadowego szyku.
„Pułkownik Plisowski stał jak posąg na koniu przed środkiem Brygady – wspomina Zygmunt Mianowski. – Czekanie przedłuża się. Ale oto na prawym skrzydle trębacze ułanów krechowieckich grają sygnał. Dowódca Brygady odwraca się do pułków. Szabla wyrwana spod konia błyska mu w ręku.
-Brygada! Baczność !
-Pułk, baczność !- powtarzają dowódcy.
-Lance, szable… - szabla Plisowskiego opisuje poziome koło, opada w dół, do strzemienia- …w dłoń!
Dowódcy pułków powtarzają komendę.
-Brygada, prezentuj …-szabla dowódcy błyska ku górze - … brooń !
Brygada, na prawo patrz!
W tej sekundzie trębacze trzech pułków zaczynają grać „Jeszcze Polska nie zginęła”. Dowódca Brygady rusza z miejsca galopem, z meldunkiem do Naczelnego Wodza”.
Po odegraniu „Mazurka Dąbrowskiego” i po meldunku powóz wiozący Marszałka przejeżdża przed frontem Brygady. Obok Naczelnego Wodza siedzi generał Stanisław Haller, dowódca 6 Armii, i porucznik Ignacy Sołtan, z pierwszego ułanów, adiutant Piłsudskiego.
Na prawo od powozu kłusuje, cały czas salutując ręką do czapki, dowódca 1 Dywizji Jazdy.
Przegląd skończony. Pada teraz komenda:
- Sztandary przed ołtarz! – na przeciw na przeciw brygadowego szyku ustawiono polowy ołtarz, przy nim czeka gotowy do odprawienia mszy kapelan krechowiaków.
Ale czternasty ułanów nie ma sztandaru. Otrzyma go z rąk Naczelnego Wodza po mszy. Teraz zaczyna się nabożeństwo. Zamiast organisty stoją przy ołtarzu krechowieccy trębacze. Naprzeciw ołtarza rząd krzeseł. Na środkowym, wysuniętym trochę ku przodowi, postawionym na dywaniku, siada Marszałek Piłsudski. Po obu jego stronach generalicja . Adiutanci i grupa asystujących oficerów stoją za krzesłami.
Patrząc od prawej widać orli profil, uwydatniony sarmackim wąsem sumiastym, nastrzępionym. Naczelny Wódz w płaszczu (zdejmie go po mszy, do ceremonii dekoracji sztandarów i żołnierzy). Ręce oparte o rękojeść szabli trzymają maciejówkę. Spod płaszcza widoczne długie spodnie z lampasami, sztyblety.
Mszę odprawił i kazanie wygłosił ksiądz Edward Wojtczak, wojenny kapelan ułanów krechowieckich, nie zważając na kule podczas kapłańskiej posługi rannym i poległym, odznaczony za to czterokrotnie Krzyżem Walecznych, który tego dnia zawiesi mu na piersi Naczelny Wódz.
Po mszy zaczyna się właściwa uroczystość. Najpierw wręczenie jazłowiakom sztandaru haftowanego przez wychowanki sióstr niepokalanek z klasztoru w Jazłowcu . Marszałek podchodzi przed front czternastego ułanów:… występuje wachmistrz sztandarowy, Eugeniusz Zarański, w asyście podporuczników Witolda Czaykowskiego i Ryszarda Garniewicza – wspomina generał Grudziński, - Dowódca pułku przyklęka przed Komendantem ( tradycyjnie nazywano tak często Marszałka Piłsudskiego) i z Jego rąk otrzymuje Sztandar Pułkowy.
Następnie przyklęka wachmistrz sztandarowy, któremu Sztandar wręcza dowódca pułku. Pułk prezentuje broń. Trębacze grają Hymn Narodowy”. Poczet sztandarowy wstępuje do szyku.
Naczelny Wódz przechodzi na prawe skrzydło Brygady. I wtedy komenda pułkownika Plisowskiego: - Sztandary 1 Pułku Ułanów Krechowieckich i 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich do dekoracji przed Naczelnego Wodza wystąpić!

Przy pocztach sztandarowych stoją dowódcy obu pułków. Marszałek wygłasza kolejno uzasadnienie dekoracji : - „ Za krew przelaną, za trudy i cierpienia, za to, że w chwilach ogólnego zwątpienia pułk nie zwątpił o zwycięstwie i śmiało idąc ku niemu, pociągnął innych”- następnie przy pomocy porucznika Sołtana przypina Srebrne Krzyże Orderu Wojskowego „ Virtuti Militari” do obu wyróżnionych sztandarów (fot. 42, 43)
( Według relacji generała Grudzińskiego Marszałek dekorując sztandar jazłowiaków, miał powiedzieć: Pułkowi Ułanów Jałowieckich, który nawet w najcięższych chwilach nigdy się nie załamał i nigdy nie zawiódł”. „Pada rozkaz dowódcy Brygady:
- Odznaczeni Orderem „Virtuti Militari” panowie oficerowie i szeregowi do jednego szeregu we wszystkich pułkach, dziesięć kroków naprzód stępem marsz! Taka sama ilość szeregowych nie dekorowanych z koni! Podejść do konia każdego odznaczonego! Odznaczeni z koni! Do dekoracji w jednym szeregu w ramach pułków, trzy kroki naprzód marsz! Równaj!
Adiutant Naczelnego Wodza odczytuje listę odznaczonych. Marszałek podchodzi od prawego – tak zapamiętał tę scenę Zygmunt Mianowski – po kolei do każdego odznaczonego, salutuje, przypina order, podaje rękę i salutuje po raz drugi ( fot.44). Trębacze grają Hymn Naradowy bez przerwy. Dekoracja skończona. Naczelny Wódz idzie przed środek Brygady.
Salutuje raz jeszcze wszystkim dekorowanych.
Pada wtedy komenda dowódcy Brygady: - Dekorowani na koń! Luzacy na miejsce i na koń!
Przed frontem Brygady stoi na koniach linia udekorowanych, w jednym szeregu dowódcy i szeregowi wszystkich stopni. Prze majestatem Rzeczypospolitej wszyscy są równi.
Niełatwo ustalić, ilu oficerów i szeregowych VI Brygady Jazdy zostało tego dnia dekorowanych przez Marszałka Józefa Piłsudskiego.
1 Pułkowi Ulanów Krechowieckich (według cytowanych tu wielokroć Dziejów) przyznano 97 Srebrnych Krzyży „Virtuti Militari”, łącznie z tym, który zdobi sztandar, 14 Pułkowi Ułanów Jałowieckich – 84 Krzyże, łącznie z dekorującym sztandar (według Dziejów Ułanów Jazłowieckich). 12 Pułkowi Ułanów Podolskich – 39 Krzyży (według Dziejów Pułku…), 6 Dywizjonowi Artylerii Konnej – Krzyży 19 (według Rodowodów artylerii konnej…).
Nie znaczy to jednak, że taką ilość Krzyży przypiął tego dnia Marszałek Piłsudski. Przede wszystkim od tej liczby należałoby odjąć odznaczenia pośmiertne. Poza tym niektórzy z odznaczonych otrzymali orderowe insygnia wcześniej (jak choćby 24 października nad Słuczą). W każdym razie szereg oficerów i szeregowych ustawionych do dekoracji był bardzo długi.
Po dokonaniu dekoracji Naczelny Wódz z buławą w ręku stanął na specjalnie przygotowanym podwyższeniu. Zaczęła się defilada VI Brygady Jazdy. Trudno ją sobie dziś wyobrazić. Odwykliśmy od defilad . Od takich defilad. A przecież oddziały biorące w nie udział były tak ubogie, z tak wielkim wysiłkiem doprowadzone do jednolitego wyglądu i to – niestety- dzięki zapasom austriackich kożuszków. Mimo to defilada z pewnością wypadła wspaniale.
Powiew proporczyków u lanc, połysk szabel, refleksy światła na starannie wyczyszczonych końskich zadach. Wyrównane szeregi starych wiarusów: ułanów i kanonierów, co z niejednego pieca chleba jadali, z niejednej stodoły kradli owies, na niejednym bili się froncie.
Defiladowało około dwu tysięcy koni, dwanaście dział. Wydawać się może, że to niewiele.
Istotnie. VI Brygada Jazdy (jak wszystkie ówczesne „wielkie” jednostki polskiej kawalerii) nie była liczna. Jednakże tego dnia, na podtomaszowskich polach sprawiła z pewnością imponujące wrażenie: dwa tysiące żołnierzy, to w boju nie znaczy tak wiele, ale dwa tysiące jeźdźców zebranych w jednym miejscu, dwa tysiące koni, to było dużo. To masa kawalerii.
Skończyła się defilada. Obiad przygotowano w koszarach szwadronu zapasowego 19 Pułku Ułanów Wołyńskich, rozstawiając stoły na koszarowym dziedzińcu. Marszałek z ożywieniem rozmawiając obchodził stoły braci żołnierskiej – zapisano w Dziejach I- go Pułku … - W jednej z sal odbył się potem obiad oficerski, w którym Marszałek wziął udział. Major Podhorski i major Bardziński siedzieli naprzeciw Marszałka jako dowódcy pułków dekorowanych. Pod koniec obiadu Pan Marszałek wygłosił przemówienie, podkreślając waleczność kawalerii polskiej. (L 6)
„Na stację kolejową odprowadzili Komendanta odział honorowy naszego pułku - wspomina generał Grudziński – w składzie: poczet sztandarowy z trębaczami i pierwszym szwadronem, pod dowództwem rtm. Kazimierza Plisowskiego. Na stacji spieszyliśmy się i stanęliśmy frontem przed wagonem. Komendant wychylił się z okna i powiedział:- No chłopcy, zaśpiewajcie którąś ze swoich ulubionych piosenek…”(G 6)
Odwoził Naczelnego Wodza stangret Józio i słynne jazłowieckie rysaki.
Woźnica podczas obiadu nie musiał stronić od kieliszka (nie prowadził samochodu …), dlatego też ośmielony „odwrócił się na koźle i powiedział: - Takiego pułku jak nasz to pan marszałek na pewno jeszcze nie widział!”- zanotował Franciszek Skibiński. (S 2).
Po odjeździe Marszałka Piłsudskiego oficerowie Brygady wrócili do biesiadnej sali.
Nie żądamy od ułanów wstrzemięźliwości takiego dnia!. Pili za braterstwo pułków VI Brygady, które od tego dnia – na wniosek pułkownika Plisowskiego – miały uważać się po wsze czasy za pułki bratnie, a ich oficerowie - mówić sobie po imieniu.
Co nie znaczy, oczywiście, że od tej pory jazłowiecki porucznik miał prawo mówić do krechowieckiego pułkownika czy majora „kochany Jasiu”.
Zwyczaj ten stosowany był dla równych stopniem


Z książki Ułańskie Lato od Krechowiec do Komarowa Szkice do dziejów jazdy polskiej w latach 1917-1921 autor Bohdan Królikowski
Avatar użytkownika
jerzy
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 2
Twórca indeksów (2)

Sołtan Ignacy-Virtuti Militari

Postprzez jerzy » 16.11.2008

Polska po odzyskaniu niepodległości w roku 1918 uznała za konieczne, dla podkreślenia swego powrotu na mapę Europy, wzięcie udziału w przygotowywanej na rok 1920 VII nowożytnej Olimpiadzie w Antwerpii. Mimo że przewidywana na rok 1916 Olimpiada w Berlinie nie odbyła się ze względu na trwające walki I wojny światowej, jej kolejnej liczby VI nie pominięto i pozostała w dziejach nowoczesnego olimpizmu jako ta, która nie miała miejsca, gdyż jej potencjalni uczestnicy w tym czasie przelewali krew na wszystkich frontach. Przystąpiono więc w Polsce do przygotowywania "czegoś z niczego", ponieważ organizacja sportu w tych trudnych czasach rodzenia się nowej państwowości, podczas trwających ciągłych walk o granice, była w powijakach. Mimo to grono zapaleńców w połowie roku 1919 zorganizowało Polski Komitet Igrzysk Olimpijskich, który uzyskał poparcie Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza Józefa Piłsudskiego, a tym samym władz wojskowych. W Komitecie powstało szereg wydziałów, a wśród nich i wydział hipiki zorganizowany przez por. Tadeusza Daszewskiego, kierownika referatu sportów konnych w Ministerstwie Spraw Wojskowych i dwóch olimpijczyków z roku 1912 - ppłk. Sergiusza Zahorskiego i mjr. Karola Rómmla. Ten wydział działał w Warszawie bardzo prężnie. Wszyscy kandydaci na uczestników igrzysk w tej dziedzinie sportu byli wojskowymi, a hipikę uprawiano w wojsku stale, choć trudno to porównywać do sportu wyczynowego w dzisiejszym pojęciu. W roku 1920 zorganizowano olimpijską grupę przygotowawczą w Warszawie, którą instruował, sam jeżdżąc także, mjr Karol Rómmel. W skład grupy weszli następujący oficerowie: ppłk Sergiusz Zahorski, rtm. Stefan Dembiński, rtm. Marek Mysłakowski, porucznicy: Władysław Trzasko-Jarzyński, Bronisław Peretiatkowicz, Jan Leśniewski, Ignacy Sołtan, Ludwik Szwejcer, Józef Trenkwald i podporucznicy: Ryszard Bojankiewicz, Aleksander Bieliński, Stanisław Bukraba. Grupie przydzielono 24 konie, prawie wszystkie wybrane z szeregów. W trakcie treningu postanowiono wybrać najlepszych jeźdźców na publicznych konkursach w Warszawie. Odbyły się one 4 lipca 1920 roku, na torze wyścigowym na Polu Mokotowskim. Wzięła w nich udział część oficerów zgrupowania: Aleksander Bieliński na "Władku", Stanisław Bukraba na "Parysie", Tadeusz Dachowski na "Big Peper", Tadeusz Daszewski na "Lumpie", Stefan Dembiński na "Ali Beju" i "Zbyszku", Karol Rómmel na "Huraganie", "Krokodylu" i "Polonii", Ludwik Szwejcer na "Piorunie", Józef Trenkwald na "Bombie", Trzasko-Jarzyński na "Czardaszu" i "Sympatycznym" oraz jeżdżący samodzielnie poza grupą, ale z dobrym skutkiem podpatrując trenowanych przez K. Rómmla, oficer l Pułku Szwoleżerów ppor. Adam Królikiewicz na "Jaśku". I to właśnie on wygrał zupełnie niespodziewanie wielki konkurs myśliwski o nagrodę Naczelnego Wodza, po rozgrywce z mjr. Rómmlem. Niestety do występu na Olimpiadzie w Belgii nie doszło. Posuwające się w głąb Polski oddziały sowieckie, zagrażające swoimi militarnymi sukcesami już nie tylko naszej niepodległości, ale i całej Europie, zmusiły cały naród polski do konsolidacji swych sił w obronie niedawno odzyskanej niepodległości. Wszystkie przedolimpijskie zgrupowania zostały rozwiązane, a ich uczestnicy i organizatorzy zostali skierowani do macierzystych oddziałów na front bolszewicki. Także większość koni zgrupowania zasiliła pułki jazdy. Tylko nieliczne z nich przetrwały wojnę i okazały się na tyle utalentowanymi końmi sportowymi, że wykorzystywano je przez następnych parę lat w krajowych i międzynarodowych konkursach. Do nich należały "Huragan", "Krokodyl", "Ali Bej" i "Jasiek". Jeden z kandydatów do olimpijskich konkursów hi-picznych, ppor. 7 Pułku Ułanów Lubelskich Aleksander Bieliński poległ w walkach pod Cycowem 16 sierpnia 1920 roku. Uhonorowano go pośmiertnie Orderem Virtuti Militari. Zamiast na laury olimpijskie, na to najwyższe polskie odznaczenie bojowe - Krzyż Virtuti Militari, zasłużyli także i inni niedoszli polscy jeźdźcy olimpijczycy: Bojankiewicz, Bukraba, Dembiński, Rómmel, Sołtan, Szwejcer i Zahorski oraz Królikiewicz za walki z bolszewikami. Na stadionie olimpijskim w Antwerpii, podczas otwarcia igrzysk podano krótką informację, że "Polska ze względów politycznych jest zmuszona w ostatniej chwili odwołać swój udział". I znów kolejna Olimpiada odbyła się bez jeźdźców polskich. Na ich pierwszy oficjalny start musiano poczekać jeszcze cztery lata. Podczas tej VII Olimpiady w Antwerpii, 15 medali jeździeckich rozdzielono pomiędzy przedstawicieli trzech narodowości - Szwecji, Włoch i Belgii.



http://www.jankowalczyk.home.pl/histori ... ria02.html
Avatar użytkownika
jerzy
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 2
Twórca indeksów (2)

Gabriel Narutowicz

Postprzez jerzy » 15.02.2009

Mimo mrozu i śniegu na ulicach prezydent Rzeczypospolitej Gabriel Narutowicz wyjeżdża późnym rankiem z Belwederu reprezentacyjnym otwartym powozem. Ma na sobie ciepłe futro, niezbędne w tych okolicznościach. Towarzyszą mu szef kancelarii cywilnej Car i adiutant por. Sołtan. Sześć dni, jakie upłynęły od wyboru prezydenta, to najgorszy czas w życiu Gabriela Narutowicza
Już w dniu wyboru endecja zorganizowała manifestację protestacyjną z udziałem gen. Józefa Hallera. Dwa dni później, w dniu zaprzysiężenia prezydenta, działacze endeccy zorganizowali w Warszawie masowe zamieszki. Endeckie bojówki sprawdzały legitymacje idących do Sejmu posłów - tych z lewicy lżyły, biły i zawracały z drogi. Bojówkarze obrzucili jadącego do Sejmu prezydenta kulami śniegu i bryłkami zamarzniętego błota. Policja nie interweniowała nawet wtedy, gdy uzbrojeni pepeesowcy ruszyli swoim posłom na odsiecz i na placu Trzech Krzyży starli się z także uzbrojonymi bojówkarzami prawicy. W strzelaninie zginął robotnik, zwolennik PPS, ranni byli po obu stronach. Zamieszki nie ukróciły kampanii prawicy przeciw prezydentowi. Czołowi publicyści: Antoni Sadzewicz w "Gazecie Warszawskiej", Stanisław Stroński w "Rzeczpospolitej" i Władysław Rabski w "Kurierze Warszawskim", pisali o Narutowiczu jako "żydowskim elekcie", "zaporze" i "zawadzie
Powóz rusza w stronę rezydencji prymasa kardynała Aleksandra Kakowskiego. Prezydent jedzie do prymasa z oficjalną rewizytą
W czasie jazdy adiutant prezydenta por. Sołtan przypomina, że do otwarcia dorocznego Salonu Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych pozostały niespełna dwie godziny. Kancelaria prezydenta otrzymała od Zachęty zaproszenie na otwarcie Salonu, ale Narutowicz dotąd nie zdecydował, czy tam się pojawi. Prezydent także teraz waha się. W końcu pyta por. Sołtana, czy Józef Piłsudski jako Naczelnik Państwa bywał na otwarciu Salonów. Porucznik wyjaśnia, że bywał, choć nie było to regułą.
Kurtuazyjna rozmowa z prymasem jest dość przyjemna, wizyta przeciąga się. Za pięć dwunasta prezydent żegna się z gospodarzem. Prezydencki powóz rusza w stronę pobliskiej Zachęty.

W hallu Zachęty już od wpół do dwunastej publiczność czeka na otwarcie wystawy. Tuż przed dwunastą stojący na schodach w Zachęcie artysta malarz i urzędnik Jan Skotnicki spostrzega wchodzącego do gmachu Eligiusza Niewiadomskiego. To barwna postać: malarz, krytyk sztuki, zagorzały zwolennik endecji. Carska ochrana w 1901 roku osadziła go na parę miesięcy w Cytadeli. Po wojnie zgłosił się do kontrwywiadu. Wszędzie węszył komunistyczne spiski, więc został zwolniony. Bił się jako ochotnik w wojnie bolszewickiej, krótko był wysokim urzędnikiem Ministerstwa Kultury. Niewiadomski jest ceniony jako artysta, krytyk, nawet jako ministerialny urzędnik, ale powszechnie nielubiany za oschłość, arogancję i porywczy charakter. Ma na koncie napaść i pobicie redaktora "Gazety Porannej" Przemysława Mączyńskiego.

Niewiadomski z charakterystyczną dla siebie bezceremonialnością przedziera się przez tłum eleganckich gości, przeciska przez grupę stojących przy schodach dyplomatów. Wchodzi na schody, wita się ze Skotnickim i pyta, na kogo wszyscy tak czekają. Skotnicki wyjaśnia, że wszyscy czekają na prezydenta.

Krótko po dwunastej Gabriel Narutowicz wysiada z powozu przed gmachem Zachęty. W westybulu wita się z prezesem Zachęty Kozłowskim, premierem prof. Julianem Nowakiem, ministrem oświecenia publicznego prof. Kumanieckim.

Eligiusz Niewiadomski spogląda ze schodów w dół, uśmiecha się zjadliwie i pyta Skotnickiego: "To ten jest Narutowicz?".

Skotnicki potwierdza i prosi go, by usunął się na bok, stoi bowiem obok wstęgi otwarcia, którą ma przeciąć prezydent.

Niewiadomski obchodzi wstęgę i szybkim krokiem idzie do sal wystawowych. Nikogo to nie dziwi, jest przecież jednym z pięciu członków komitetu organizacyjnego tej wystawy. Zresztą wcześniej wstęgę ominęło kilkunastu malarzy wystawiających obrazy w Salonie. Jest w zwyczaju Salonów, że artyści oczekują na publiczność przy swoich dziełach.

Prezydent Narutowicz dziękuje za powitanie. Prezes Zachęty przestrzega, że w salach wystawowych jest zimno. Narutowicz decyduje się nie zdejmować futra. Przecina wstęgę i na czele orszaku oficjeli wchodzi do sal wystawowych. Po jego lewej ręce kroczy prezes Zachęty, po prawej - premier prof. Nowak i Jan Skotnicki. Z tyłu - poseł amerykański i szef protokołu dyplomatycznego Stefan Przeździecki. Prezes Kozłowski udziela wyjaśnień. W pewnej chwili zauważa, że równie dobrze przewodnikiem mógłby być premier Nowak, wybitny znawca malarstwa. W trakcie oglądania pierwszych obrazów do prezydenta podchodzi poseł angielski William Max-Müller. Przeprasza Narutowicza, że z powodu choroby nie mógł być obecny na Zamku Królewskim na uroczystości przedstawienia korpusu dyplomatycznego nowo wybranej głowie państwa, i składa prezydentowi gratulacje.

- Dziękuję, ale raczej kondolencja mi się należy, panie ministrze - odpowiada Narutowicz po angielsku, z wyraźną nutą melancholii.

Po obejrzeniu obrazów na pierwszej ścianie Narutowicz zwraca uwagę na płótno Bronisława Kopczyńskiego na ścianie przeciwległej. Przedstawia ono gmach Zachęty ze stojącym przed nim sznurem pojazdów. Narutowicz żartuje, że pewnie w tej chwili Zachęta wygląda tak jak na obrazie.

Prezydent przechodzi do następnego obrazu, "Szronu" Teodora Ziomka. Rozlegają się, jeden po drugim, trzy stłumione ni to detonacje, ni to trzaski. Skotnickiemu wydaje się, że dochodzą z sąsiedniej sali. Wspina się na palce i woła, by zamknąć drzwi. Kątem oka dostrzega, jak Narutowicz patrzy na niego ze zdumieniem, chwieje się i upada na podłogę. Tuż przed upadkiem prezydenta chwytają Skotnicki i Przeździecki, trochę amortyzują uderzenie ciała o parkiet. Narutowicz patrzy na nich gasnącym wzrokiem, w milczeniu.

Stojący parę kroków za Narutowiczem malarz Edward Okuń spostrzega, że do prezydenta strzelał z tyłu Eligiusz Niewiadomski. Chwyta zamachowca za rękę z małokalibrowym browningiem i odbiera mu broń. Niewiadomski nie stawia oporu.

Jan Skotnicki i Stefan Przeździecki pośpiesznie przenoszą prezydenta na kanapkę stojącą pod ścianą.

W sali rozlegają się rozdzierające szlochy pań. Poseł Max-Müller mdleje. Nadbiegają dwaj lekarze obecni wśród gości. Dr Śniegocki i dr Rostkowski, widząc, że nogi Narutowicza zwisają z kanapki, polecają przenieść go na podłogę. Jan Skotnicki zdejmuje z Narutowicza futro i podkłada nieprzytomnemu pod głowę. Gdy rozpina jego kamizelkę, dostrzega na koszuli trzy małe czerwone plamy.

Blady Niewiadomski stoi nieruchomo pośrodku sali. Adiutanci prezydenta odprowadzają go na kanapkę, na której przed chwilą leżał ranny Narutowicz. Stają ciasno przy zamachowcu gotowi obezwładnić go przy próbie ucieczki, ale ten siedzi nieruchomo.

Przerażony premier Nowak ukradkiem ucieka z sali.
Na parterze wybucha panika. Tłum spanikowanych gości napiera na drzwi wejściowe. Portier zamyka je na klucz.

Brat malarza Stanisława Witkiewicza pyta zamachowca: "Jak mogłeś podnieść rękę na pierwszego obywatela
Za pieniądze żydowskie wybranego! - krzyczy Niewiadomski
Głowę prezydenta podtrzymuje klęcząca na podłodze poetka Kazimiera Iłłakowiczówna. W czasie wojny była sanitariuszką, ale jej pomoc na nic się nie zdaje. Narutowicz kona. Obecny wśród zwiedzających ksiądz Malinowski udziela prezydentowi absolucji in articulo mortis.

Dr Łepkowski, zastępca szefa kancelarii cywilnej, rzuca się do telefonu, by wezwać pogotowie. Telefony nie działają. Widząc to, piłsudczyk Marian Zyndram-Kościałkowski, major WP, redaktor "Polski Zbrojnej", wybiega na miasto w poszukiwaniu sprawnego telefonu. Przed Zachętą natyka się na tłumek zwolenników endecji na czele z gen. Józefem Hallerem.

- Krew ta spada na pańską głowę! - krzyczy Kościałkowski. Słyszy to spieszący do Zachęty komisarz policji i chce Kościałkowskiego aresztować. Ten jednak okazuje policjantowi gwarantującą nietykalność legitymację poselską i biegnie do gmachu Sztabu Generalnego.

Do sali, w której leżą zwłoki prezydenta, wchodzi wezwany po zamachu p.o. ministra spraw wewnętrznych Ludwik Darowski. Skotnicki pyta go, czy posłano już po marszałka Sejmu Macieja Rataja, który w tej sytuacji jest konstytucyjnym następcą prezydenta. Minister wyjaśnia, że posłano, ale marszałek będzie mógł objąć rządy jedynie na podstawie urzędowego aktu zgonu prezydenta.

W chwilę później przyjeżdża karetka pogotowia. Młody lekarz spisuje akt zgonu. Urzędnicy państwowi obecni przy zmarłym uświadamiają sobie, że właśnie ma miejsce demonstracyjny pogrzeb robotnika zabitego przed pięcioma dniami w pepeesowskim pochodzie na placu Trzech Krzyży. Wszyscy zdają sobie sprawę, że wiadomość o zamordowaniu prezydenta może sprowokować tłumy idące w kondukcie do wzięcia krwawego odwetu na endecji. Minister Darowski poleca przeciąć kable telefoniczne w Zachęcie, nadal nikogo nie wypuszczać z gmachu, zwłoki zaś dyskretnie wywieźć w karetce pogotowia. Nieoczekiwanie młody lekarz staje okoniem - regulamin pogotowia nie zezwala na przewóz zmarłych.

- Ależ, panie, to są zwłoki prezydenta Rzeczypospolitej! - mówi podniesionym tonem Skotnicki.

- Przewożenia zwłok prezydenta regulamin też nie przewiduje - odpowiada uparty doktor.

- Bałwan! - wrzeszczy Skotnicki. Adiutanci prezydenta rekwirują lekarzowi nosze, a jego samego przeganiają precz. Potem wzywają otwarte lando z Belwederu oraz reprezentacyjny szwadron szwoleżerów.

Ciało prezydenta przenoszą do landa ministrowie Darowski, Car i członkowie komitetu Zachęty. Tam okrywają je biało-czerwonym sztandarem. Lando w otoczeniu szwoleżerów jedzie wolno, pośród prószącego śniegu, do Belwederu. Przechodnie na Nowym Świecie i w Alejach Ujazdowskich zatrzymują się, zdejmują nakrycia głowy.

Bibliografia (spis)
Wyborcza: Kalicki W. 16 grudnia 1922 r. Zawada usunięta
Avatar użytkownika
jerzy
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 2
Twórca indeksów (2)

Morderstwo manipulowane

Postprzez jerzy » 15.02.2009

Prawo
Morderstwo manipulowane
03.04.1999, SM
HISTORIA PRAWA
Proces Eligiusza Niewiadomskiego
Morderstwo manipulowane
STANISłAW MILEWSKI
Eligiusz Niewiadomski, lat 53, w młodości świetnie się zapowiadający, a później raczej niespełniony artysta malarz, strzelił trzykrotnie, z bliskiej odległości, w plecy Gabriela Narutowicza, który tylko przez trzy dni sprawował najwyższy w kraju urząd: prezydenta odrodzonej Polski. Stało się to 16 grudnia 1922 r. Półtora miesiąca później, 31 stycznia 1923 r. , o godzinie siódmej dwadzieścia rano, wykonano przez rozstrzelanie wyrok na zabójcy. Cytadela była otoczona kordonem wojska i żandarmerii. Skazaniec, któremu w ostatniej drodze towarzyszył ojciec kapucyn, nie życzył sobie, by przywiązano go do słupka i zakryto oczy opaską. Stanął wyprostowany, ustawiając się tak, by pluton egzekucyjny mógł łatwiej celować.
Przed śmiercią wydał okrzyk: "Umieram za Polskę, którą gubi Piłsudski! " Dlaczego więc zabił Narutowicza? Gdy niezwykle długo i zawile próbował wyjaśnić to przed sądem, przewodniczący składu parokrotnie napominał go, by mówił na temat. Z jego wynurzeń wynika tylko tyle: miał zamiar zabić Piłsudskiego, ale zmienił zdanie, gdy z kolei Narutowicz właśnie stał się dla niego symbolem zła, które trapi Polskę. Tak to zamiast Piłsudskiego prezydent stał się kozłem ofiarnym jego fobii, obsesji i wyobrażeń.
Nienaturalny, kamienny spokój
Fakty są powszechnie znane, ale przypomnijmy dla porządku najważniejsze. Tak ujęto je w akcie oskarżenia: "Prezydent Narutowicz przybył do gmachu Zachęty Sztuk Pięknych na otwarcie wystawy. Powitany w westybulu gmachu przez prezesa Towarzystwa Karola Kozłowskiego oraz wiceprezesa Edwarda Okunia, prezydent w towarzystwie ich wraz z szefem kancelarii Stanisławem Carem, adiutantami i ministrami oraz niektórymi przedstawicielami ciała dyplomatycznego udał się na pierwsze piętro w sali nr 1. Oprowadzany przez Kozłowskiego i Okunia, oglądał wystawione dzieła.
Gdy prezydent zatrzymał się przed obrazem Kopczyńskiego, przedstawiającym gmach Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, spośród zgromadzonej za nim publiczności padły trzy jeden po drugim strzały. Prezydent zachwiał się, upadł i po kilku chwilach zakończył życie. Wiceprezes Towarzystwa Okuń, usłyszawszy strzały, zwrócił się w stronę upadającego prezydenta i zauważył stojącego tuż za nim artystę malarza Niewiadomskiego z rewolwerem w ręku. Okuń schwycił Niewiadomskiego za rękę, a adiutant prezydenta rotmistrz Ignacy Sołtan wyrwał mu rewolwer z ręki. Niewiadomski oświadczył, że do nikogo prócz prezydenta strzelać nie miał zamiaru i że chce oddać się w ręce policji".
"Sądowo-lekarskie oględziny zwłok prezydenta Narutowicza -- czytamy dalej w akcie oskarżenia -- dokonane za pośrednictwem biegłych lekarzy prof. Wiktora Grzywo-Dąbrowskiego i pułkownika Eugeniusza Piestrzyńskiego wykazały, że prezydentowi zadano trzy rany postrzałowe od tyłu, z tych dwie w klatkę piersiową, jedną zaś w okolice lędźwiowego kręgosłupa, przy czym jedna z kul przeszła na wskroś klatki piersiowej, uszkodziwszy płuca, przebijając serce i zadając ranę bezwarunkowo śmiertelną, powodującą natychmiastową śmierć.
Niewiadomski, zbadany w charakterze oskarżonego, przyznał się do winy, oświadczając, że zamachu na życie prezydenta Rzeczypospolitej Narutowicza dokonał z powodu przyjęcia przez niego wyboru na to stanowisko, pomimo że ten nastąpił głosami wrogów państwa polskiego. Zamiar swój powziął wtenczas, gdy stało się wiadomym, że prezydent przyjął ofiarowaną mu przez Zgromadzenie Narodowe godność. Od tej chwili Niewiadomski szukał jedynie sposobności do wykonania swego planu, a wiedząc, że na otwarcie wystawy w Towarzystwie Zachęty zawsze bywał Naczelnik Państwa Piłsudski, przypuszczał, że nowo obrany prezydent zachowa ten sam zwyczaj; dlatego też udał się na wystawę, zabrawszy ze sobą w celu wykonania zamachu rewolwer posiadany od 1920 r. Jako członek rzeczywisty Towarzystwa miał prawo wolnego wstępu na wystawę. Strzelał do prezydenta z odległości 1--2 kroków z tyłu, starając się trafić w klatkę piersiową; strzelał z tyłu dlatego, że strzelając z przodu, mógł zranić kogokolwiek z publiczności ugrupowanej za prezydentem".
"Próbował uciec, ale został ujęty" -- tak o zabójcy napisał Olgierd Terlecki ("Zdziejów drugiej Rzeczypospolitej") w krótkim akapicie poświęconym zamachowi na Narutowicza. Niewiadomskiego pewnie by mocno dotknęło takie stwierdzenie, gdyż zawsze podkreślał, że nie miał najmniejszego zamiaru ratować swojej skóry. Pragnął publicznie przedstawić swoje motywy społeczeństwu i swoim jawnym czynem wstrząsnąć sumieniami tych, którym dobro kraju -- zagrożonego przez żydostwo i bezideowość -- było zupełnie obojętne.
Gdy adiutanci prezydenta posadzili go na krześle vis-á-vis "Grunwaldu" Matejki, zachowywał -- jak ktoś zapamiętał -- "jakiś nienaturalny, kamienny spokój". Obojętnie patrzył na wzburzoną wystawową publiczność, na młodego księdza, który przy zabitym prezydencie odmawiał modlitwę za umarłych. Pewnie mocno by się zdziwił, gdyby wiedział, że Narutowicz, okrzyczany ateistą i masonem, tuż przed przybyciem do Zachęty złożył półgodzinną wizytę u prawicowego polityka kardynała Aleksandra Kakowskiego, którego prosił o błogosławieństwo. Otrzymał je -- jak po latach wspominał metropolita warszawski -- razem z rozgrzeszeniem. Prezydent nie był widać takim niedowiarkiem, jak to po wyborze przesadnie akcentowano, by podważyć jego "swojskość". Nie złożył także, choć to umożliwiała procedura, przysięgi w Zgromadzeniu Narodowym w wersji laickiej, ale na krzyż Chrystusowy.
Naoczni świadkowie odnotowali, że siedzący jak kukła Niewiadomski raz tylko się ożywił, gdy zszokowany brat malarza Stanisława Witkiewicza wykrzyknął w jego stronę: "Jak mogłeś podnieść rękę na pierwszego obywatela Polski! ?" -- "Wybranego za żydowskie pieniądze! " -- odkrzyknął mu na to.
Wzajemne oskarżenia
W tym okrzyku zmieściła się cała filozofia zbrodni, jej główny powód "ideowy". Prawicowa prasa podniosła bowiem po wyborze prezydenta larum, że wysunięto go i wybrano wbrew większości polskiej głosami mniejszości narodowych, zwłaszcza zaś Żydów. Było to o tyle dziwne, że gdyby obóz narodowy w zgodzie z "Piastem" poparł kandydaturę Stanisława Wojciechowskiego, on to właśnie zostałby "prezydentem wszystkich Polaków" już wówczas, a nie dopiero po wstrząsającym mordzie na Narutowiczu. Prawica wszakże z właściwą sobie swarliwością i niechęcią do kompromisów zlekceważyła taką możliwość. Mniejszości narodowe nie miały zresztą w ówczesnym sejmie jakiejś nadreprezentacji, przeciwnie -- skoro stanowiły 30 proc. ogółu ludności, a ich przedstawicielami w parlamencie było tylko dwóch na dziesięciu posłów. Pretensje zaś do Narutowicza, że dał się wybrać także ich głosami, były po prostu niepoważne.
Zaraz po zabójstwie prasa lewicowa, i nie tylko zresztą ona, oskarżyła Narodową Demokrację o sprowokowanie tego politycznego mordu. Ofiarą bowiem nagonki na Narutowicza stał się nie tylko on sam, ale i Niewiadomski, zaciekły prawicowiec i człowiek podatny na sugestie. Oto wyimki z najbardziej charakterystycznych artykułów prasowych:
"U samego progu odnowionych dziejów państwa polskiego -- pisał zaraz po zbrodni "Kurier Polski" -- stanęła ohydna mara nienawiści: morderstwo polityczne. Bo choć nikczemnik igłupiec, który wczoraj zabił pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej, nie reprezentuje żadnej politycznej myśli, choć jest tylko zwyrodniałym typem tego kabotynizmu, którego genealogia idzie wstecz do efezkiego podpalacza -- to jednak płomień do jego pochodni wyszedł z tej atmosfery nienawiści i gwałtu, którą wytworzyły złe duchy Polski w dniach ostatnich".
"Kurier Poranny" z dnia następnego dał już wyraźniejszy adres do swego oburzenia, wskazując na "bandytów pióra o rabskich duszach, którzy swoją uległość i potulność wobec rządów zaborców wetują sobie obecnie szarpaniem powagi władzy polskiej, którzy systematycznie sączą jad anarchii wnasz organizm społeczny". "Musimy dopilnować -- czytamy dalej -- aby zostały zasypane te cuchnące kałuże trucizn endeckich, z których na Polskę całą rozchodzi się fetor moralny. Dlatego też pierwszym krokiem do poprawy naszych zatrważających stosunków musi być obezwładnienie i unieszkodliwienie tych łotrzyków pióra, którzy swoją podłą, pozbawioną wszelkiej odpowiedzialności działalnością dziennikarską nastawiają puginał skrytobójstwa i zdrady między dziećmi wspólnej Matki i mnożą pośród nas Kainów".
Podejrzewano nawet prawicę o spisek zawiązany w celu zgładzenia Narutowicza; proces sądowy tego nie potwierdził. Potwierdził natomiast to, co "Przegląd Wieczorny" pisał dwa dni po zbrodni, obciążając moralną odpowiedzialnością obóz narodowy: "(. .. ) morderca podaje jako pobudki te wszystkie występne kłamstwa, którymi nacjonaliści obrzucali wybór prezydenta. Jest on duchowo ich człowiekiem, uchwała Zgromadzenia Narodowego była dla niego hańbą i występkiem, tak samo jak dla nich, nie uczynił on nic więcej, jak tylko wcielił zasady wpraktykę i zprzesłanek wyciągnął wniosek".
W tym duchu oskarżał też "Robotnik" następnego dnia: "Nie nawoływaliście jawnie do morderstwa Narutowicza, ale rzucaliście hasła, które musiały do mordu doprowadzić. W tej tragicznej sprawie obnażyliście tragicznie swą duszę. Spowodowaliście czyn, którego nie znały dotąd dzieje Polski, skrytobójstwo głowy państwa w Rzeczypospolitej wolnej i praworządnej. Ciemna, niekulturalna, półdzika wswych obyczajach szlachta polska nie uczyniła nigdy rzeczy tak ohydnej, na jaką zdobyli się w XX wieku ludzie zarażeni czarnoseciństwem".
Endecy natomiast oskarżali samego Narutowicza, że przyjął wybór i sprowokował zbrodniczy czyn. Ich organ -- "Gazeta Poranna 2 grosze" -- ubolewał po zbrodni: "Dziś wszyscy widzą, do czego prowadzi lekceważenie historycznych instynktów narodu i zastępowanie ich surogatem taktycznych posunięć. Tragedia wczorajsza jest groźną oznaką położenia, w jakie nas wpływy obce, międzynarodowe, żydowskie wpędziły, skoro zaczynamy się wbrew narodowemu charakterowi i tradycjom wzajemnie mordować. Zguba nad nami wisi. Jeśli tych wpływów nie rozpoznamy i nie skupimy się koło sztandaru narodowego, w którym jedyny ratunek przed anarchią i katastrofą -- zginiemy".
Stanisław Stroński natomiast, oburzając się na łamach "Rzeczpospolitej" na ludzi obciążających prawicę za zamach, wołał patetycznie: "Ciszej, dużo ciszej, obok tej otwartej trumny, panowie oskarżyciele! Dzisiaj nie pora na wykrywanie wszystkiego, ale przyjdzie wkrótce chwila spokojnego sądu dziejowego, który powie: Ś. P. Gabriela Narutowicza wystawili na sztych wyboru przeciw większości polskiej, a głosami tylko mniejszości polskiej z rozstrzygającym wpływem obcych narodowości, tacy, którzy sami dla siebie wyboru takiego nie chcieli i nie przyjęliby, a także głosowaniem swoim poparli to tacy, którzy sami przekonani byli o słuszności zasady większości wyłącznie polskiej". Upraszczając ten skomplikowany wywód, trzeba dojść do wniosku, że za zbrodnię odpowiada sejm, który wyboru dokonał.
Zapotrzebowanie na męczennika
Sąd doraźny czy zwykły? Rząd wyraził opinię, i to już na posiedzeniu w trzecim dniu po popełnionej zbrodni, że Niewiadomskiego należy osądzić w trybie doraźnym "ze względu na oburzający charakter jego zbrodni wymagającej stanowczej i natychmiastowej represji". Odmienne zdanie miał sejm i ono przeważyło: do osądzenia zamachowca właściwy jest Sąd Okręgowy.
Po dokładnym zapoznaniu się ze stenogramem procesu trudno się oprzeć wrażeniu, że Sąd Okręgowy działał pod presją czasu jak sąd doraźny: ustalono najważniejsze fakty, obrońca nie zgłosił żadnych wniosków procesowych, wysłuchano, co miał do powiedzenia oskarżony -- a miał niezwykle dużo, tylko zupełnie nie na temat -- potem zaś w pośpiechu wydano wyrok zgodny z oczekiwaniami opinii publicznej, linią obrony i życzeniem samego oskarżonego. Niezgodny tylko -- bagatela! -- z logiką procesu karnego i paroma zasadami podstawowymi dla sprawiedliwego wyrokowania, a zwłaszcza ustalenia stanu psychicznego oskarżonego przed zbrodnią i tempore criminis. Biegli wprawdzie byli -- nawet sławny później medyk sądowy Wiktor Grzywo-Dąbrowski, który zaczął był właśnie uniwersytecką karierę -- ale wypowiedzieli się tylko w kwestiach balistycznych i przyczyn zgonu denata.
Ponieważ Eligiusz Niewiadomski nie zamierzał się bronić, pragnął tylko wykorzystać ławę oskarżonych do uzasadnienia -- w swoim mniemaniu strasznego, ale nieuniknionego, bo koniecznego -- czynu, nie był zainteresowany wybraniem sobie adwokata. Do jego obrony z urzędu adwokat zgłosił się sam; był nim mecenas Stanisław Kijeński, wsławiony za czasów carskich udziałem w procesie Wielkiego Proletariatu i innych procesach politycznych.
Teraz jako wielki sympatyk i członek Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego postanowił ze sprawy Niewiadomskiego zrobić proces stricte polityczny, przedstawiając zabójcę jako -- wynikało to potem z jego obrończej strategii -- mściciela zdrowej części narodu, której żywotnym interesom zagroził Piłsudski pospołu z Żydami, masonami i lewicą. Niewiadomski to odkupiciel i zbawca Polski -- tak można by najkrócej scharakteryzować jego stosunek do klienta. Żydostwo wybrało Narutowicza, żydostwo jest winne jego śmierci -- oto jego logika.
Nawet mu nie postało w głowie, że Niewiadomski może być niepoczytalny, a wniosek o powołanie biegłych psychiatrów, by wypowiedzieli się wtej kwestii, nie przeszedłby mu wręcz przez usta. To, że Niewiadomski ograniczył jego rolę do "czuwania nad biegiem procesu", nie przysłania faktu, że nie podniósł przed sądem żadnych argumentów za zastosowaniem innego środka niż kara śmierci. Uczynił to zamiast niego, postawiwszy go w bardzo dwuznacznej sytuacji wobec kanonów etyki uprawianej profesji -- jeden z sędziów, Jan Kozakowski, składając poprawnie prawniczo skonstruowane votum separatum od wyroku. Oto do czego dochodzi, gdy również obrońcy zależy na uczynieniu klienta męczennikiem.
Zaraz po zamachu obwołała Niewiadomskiego szaleńcem nawet prawicowa prasa, by zrzucić z endecji odpowiedzialność za zbrodnię. Ci, co go znali, też podawali w wątpliwość jego poczytalność. "Gazeta Warszawska" jeszcze tego samego dnia napisała: "Mordercą jest człowiek, którego stan umysłu od dawna budził wątpliwości i który nie po raz pierwszy w drodze gwałtu torował drogę swoim przekonaniom. Dotąd, co prawda, chodziło o jego przekonania artystyczne i twórczość malarską (. .. )".
"Robotnik" wkrótce po zbrodni zarzucał endecji: "Znaleźliście dla siebie usprawiedliwienie w tym, że mordercą miał być wariat. Któż wam uwierzy, że tym wybiegiem kwestia współwiny została załatwiona? Czy człowiek, który z premedytacją obmyśla swój plan, na chłodno przewiduje okoliczności, w których będzie mógł spotkać się ze swoją ofiarą, wdziewa strój uroczysty, udając się na paradę, i chowa rewolwer do kieszeni -- jest niepoczytalny? "
Nowy premier generał Władysław Sikorski natychmiast zapowiedział, że gdy Niewiadomski stanie przed sądem, ów zbada jego poczytalność, gdyż "robienie z zamachowców wariatów weszło w zwyczaj i nikt temu nie uwierzy". Dlaczego tak się nie stało?
Nieodporny na wirusy fanatyzmu
Teraz w opinii publicznej nastąpiła charakterystyczna zmiana. Jedni uważali, że podkreślanie nienormalności uwolni zabójcę od zasłużonej kary i zdejmie odium współwiny z prawicy, natomiast endecy chcieli mieć swego męczennika, a człowiek psychicznie podejrzany byłyby wątpliwy w tej roli. Najbardziej etykietki wariata bał się sam oskarżony.
W trakcie procesu szef Zachęty opowiadał o zamachu jako jego bezpośredni świadek. Stwierdził, że nie znając przedtem Niewiadomskiego, spytał stojącego obok malarza Jana Skotnickiego, kim jest człowiek, który strzelił. Ów mu na to odpowiedział: "To Niewiadomski. To ten wariat, dlatego minister Ponikowski nie usunął go ze stanowiska". Oskarżony, gdy tylko sąd udzielił mu głosu po zeznaniach tego świadka, długo go naciskał, aż doprowadził swymi pytaniami do tego, iż ów przyznał, że wypowiedź Skotnickiego zrozumiał nie w dosłownym sensie. "Wariat" znaczyło tu dla niego nie człowiek psychicznie chory, ale osoba niezrównoważona i trudna w pożyciu.
Mecenas Kijeński drążył temat i spytał wprost Skotnickiego, gdy ów stanął za barierką dla świadków:
-- Czy to pan powiedział o Niewiadomskim: "To ten wariat"?
-- To dotyczyło pewnej prostolinijności, która wywołała pewne nietakty, zwane przez ludzi "narwanością", mimo że panował nad sobą. To dotyczyło pewnej bezwzględności w stosunku do ludzi, co do których miał takie, a nie inne wątpliwości. To dotyczyło tej egzaltacji, przesady, nadczułości.
-- Jednym słowem "wariat" nie było określeniem jego charakteru?
-- Nie. Dalej świadek zeznał: "To jest człowiek, który szedł przez życie i był deklamatorem (. .. ) Przyjmował on bezkrytycznie literaturę agitacyjną taką czy inną, nie rozróżniając, gdzie jest agitacja, a gdzie przedstawiony faktyczny stan rzeczy. Sądzę, że jako artysta przy pewnej wrażliwości mógł sobie sztucznie przedstawić sytuację na zasadzie literatury".
Malarz Jan Skotnicki, znający dobrze Niewiadomskiego, jako że przez dwa lata siedzieli biurko w biurko w Ministerstwie Sztuki i Kultury, tak onim napisał po latach: "Mam wrażenie, że stosunki osobiste i trudności życiowe po otrzymaniu dymisji zrodziły w jego głowie myśli samobójcze. Chciał jednak popełnić samobójstwo, wykorzystując je jednocześnie na wielki, efektowny, historyczny czyn. Tym czynem i jednocześnie samobójstwem stało się zabójstwo Narutowicza. Może mylę się, ale takie miałem wówczas wrażenie".
"Był to człowiek na wskroś nerwowy, niestatecznego usposobienia, pożerany przez jakąś niezdrową ambicję" -- wspominał Niewiadomskiego Ludwik Krzywicki, pamiętający go jeszcze z lat studenckich. Do tych dwu opinii sformułowanych przez ludzi dobrze go znających warto dorzucić jeszcze to, co o zabójcy napisał Antoni Słonimski w swoim "Alfabecie wspomnień": "Był moim profesorem w Szkole Sztuk Pięknych. Wysoki, w binoklach, szczupły, sztywno chodząca normalność". Ale i ta "normalność" mocno się wydawała podejrzana błyskotliwemu obserwatorowi: "Chyba jedna cecha szczególna. Nie uśmiechał się. Nie miał poczucia humoru". I pointa: "Poczucie humoru i dowcip to antybiotyki zabójcze dla wirusów fanatyzmu". A na te wirusy był ów niespełniony malarz szczególnie nieodporny.
Wszyscy chcą, by był "normalny"
W mowie obrończej mecenas Kijeński jeszcze raz mocno podkreślił, że oskarżony to nie szaleniec, ale idealista pchnięty do zbrodni wewnętrznym nakazem. "Pan Niewiadomski nie mógł tego bólu, który go rozsadzał, ukoić. W porachunku z tym bólem, może nawet nieświadomie, uległ parciu wewnętrznego nakazu, a wolna wola jego przestała działać". Wniosku o "zbrodni w afekcie" jednak nie wyciągnął; znalazł się on dopiero w votum separatum sędziego Kozakowskiego. Ustanowiony obrońca wolał natomiast inne tony, bo tak rzecz kontynuował: "Co za bezmierna tragedia w duszy człowieka, który decyduje się na spełnienie czynu, uznawanego przez niego samego, sprawcę, za czyn straszliwy! Okoliczności okropne naszego życia publicznego przedstawione przez oskarżonego, które go do czynu pchnęły, zostały wywołane tak przejrzyście, że i bez mojego uzupełnienia spowodować one muszą powszechne wgłębienie się w nie wszędzie tam, gdzie w sercach tkwi ofiarna miłość ojczyzny".
Obrońca uciekł w patos, jakby zapomniał, co powiedział tuż przed nim oskarżyciel, prokurator Kazimierz Rudnicki: "Oskarżony nie umie ogarnąć całości, tej całości nie widzi (. .. ) I dziś w tym, zdawałoby się, logicznym opowiadaniu, kiedy oskarżony mógłby rozwinąć swoje myśli -- myśl ta ciągle się rwała (. .. ) Ujawniło się nam wszystkim, jak bardzo w jego czynie brak tej logiki wypadków i wewnętrznej spoistości, brak myśli przewodniej, logiki wiążącej fakty między sobą i dającej ostateczny wynik".
I on jednak podkreślił, że Niewiadomski to "nie szaleniec w sensie psychopatologicznym, ale wtym sensie, że czyn jego nie ma żadnej podstawy, jest na niczym nie oparty. Z ciekawością słuchałem -- dodał z sarkazmem -- przemówienia oskarżonego i mniej teraz wiem o przyczynie śmierci prezydenta niż po pierwszym przesłuchaniu".
Jeszcze tego samego dnia, w którym proces rozpoczęto, Sąd Okręgowy w trzyosobowym składzie (! ) orzekł karę śmierci. W wyroku podniesiono, że chociaż w myśl prawa karę tę można orzec tylko "w wyjątkowych warunkach danego wypadku", to te właśnie tu nastąpiły; polemizowało z tym wspomniane już zdanie odrębne.
Po dwu tygodniach -- zamiast wnieść apelację -- skazaniec przesłał do Sądu Okręgowego pismo następującej treści: "Oznajmiam niniejszym, że wyrok przyjmuję. Wszystkie podania o ułaskawienie, o ile by takowe zczyjejkolwiek strony wpłynęły, proszę uważać za złożone bez mojej wiedzy i wbrew mojej woli. O ile by na podaniu znalazł się mój podpis, proszę uważać go za nieautentyczny".
Z ogólnej akceptacji "normalności" Niewiadomskiego wyłamał się jedynie znany warszawski adwokat i literat w jednej osobie, popularny zwłaszcza w tej drugiej postaci Leo Belmont. W tydzień z górą po wyroku ogłosił on w prasie list otwarty do prezydenta Rzeczypospolitej. Stwierdził w nim, że obserwując wczasie procesu oskarżonego, doszedł do przekonania, iż jest on człowiekiem niepoczytalnym, który "chce, musi zostać męczennikiem". Jego krew -- dowodził -- jeszcze bardziej podzieli społeczeństwo i zaszkodzi zarówno lewicy, jak i prawicy.
Ten głos rozsądku nie został jednak wysłuchany. Po uprawomocnieniu się wyroku nowo wybrany prezydent Stanisław Wojciechowski nie skorzystał zprawa łaski i odesłał akta z adnotacją: "Ani w aktach, ani w sumieniu nie znajduję podstaw do zmiany wyroku sądowego". Nie mógł zresztą postąpić inaczej; gdyby darował życie skazańcowi, wyglądałoby to na wyraz wdzięczności za utorowanie mu drogi do z aszczytnego urzędu.
Zagadkę swojej "poczytalności" zabrał Niewiadomski do grobu. Nawet nie zbadano jego mózgu, bo żołnierze -- na jego wyraźne życzenie -- mierzyli w głowę i roztrzaskali ją.
Biegły na własne życzenie
Znalazł się jednak psychiatra, który "zastąpił" biegłych sądowych. Był to dr med. Maurycy Urstein, późniejszy autor dzieła "Przestępczość a psychoza"; opublikował też inne prace, m. in. o katatonii, także w językach obcych. Medyk ów przeanalizował osobowość Niewiadomskiego na podstawie stenogramu procesu, "Kartek z więzienia" -- broszury, którą skazaniec napisał po zabójstwie, a także twórczości malarskiej i krytycznej. Wyniki swych dociekań zawarł w broszurze "Eligiusz Niewiadomski w oświetleniu psychiatry" (1923) ; w sumie doszedł do wniosku, że zabójca Narutowicza był katatonikiem.
Wielka Encyklopedia Powszechna PWN definiuje katatonię jako "zespół zaburzeń psychicznych, należących zasadniczo do schizofrenii, który obejmuje osłupienie i podniecenie katatoniczne; oba te składniki zespołu są wywoływane zahamowaniem szeregu wyższych funkcji ośrodkowego układu nerwowego (. .. )".
Doktor Urstein tak scharakteryzował osobę zabójcy: "Całe życie jego jest wyrazem owej ciężkiej choroby (tzn. katatonii -- przyp. S. M. ), która z żywiołową koniecznością musiała doprowadzić do owego tragicznego rezultatu. W każdym razie nie był on zdolny właściwie pokierować swoim życiem i zdobyć sobie należne stanowisko społeczne. Przy tym pozwolił się stopniowo opanować ideom, które, być może, pierwotnie wynikały jeszcze zniechęci osobistych, lecz które w następstwie rozwinęły się w tak oczywiście niedorzeczny sposób, że ich związek ze stanowiska psychologicznego wcale ująć się nie daje. Do tego się dołącza wielka nietrafność, raczej zupełny brak sądu, słaba wola, megalomania w ocenianiu własnej osoby, typowe idee reformatorskie, nieobliczalne postępki, dziwactwa w obejściu i inne cechy charakterystyczne dla katatonii".
Psychiatra dał sporo przykładów takich zachowań i podkreślił, że Niewiadomski jak typowy katatonik "łatwo ulegał wpływom isugestii" i nie mając stałych przekonań, przejmował cudze myśli, uznając je następnie za własne.
"Wyraźne rozprzężenie procesów psychicznych -- pisał doktor Urstein -- widzę też w podaniu czy prośbie Niewiadomskiego, skierowanej do prokuratora, aby 5 pułk legionów, w którym ongi służył, oddał mu przed śmiercią honory wojskowe".
I dalej: "Nie mniej charakterystycznym jest przesłany do prokuratorii (oczywista omyłka, powinno być: prokuratury -- przyp. S. M. ) list Niewiadomskiego, zawierający szkic pomnika, jaki życzy sobie mieć na swoim grobie. W samym rysunku Niewiadomski uwzględnił najdrobniejsze szczegóły, zaś całość wykończona jest tak misternie, że na to w podobnych sytuacjach i stanach psychiki zdobyć się wyłącznie może katatonik. A napis, jakim Ojczyzna na żądanie Niewiadomskiego powinna uwiecznić w kamieniu pamięć jego? Nigdy psychopata nie ujawni takiego braku krytycyzmu i tej utraty sądu. Takie koziołki logiczne spotkać można jedynie u katatoników".
"Czyn popełniony przez chorego -- przypomniał w konkluzji ów biegły na własne życzenie -- może się okazać w swoich skutkach nawet niezmiernie szkodliwym, lecz nie będzie przez żadnego ustawodawcę uważany za występny". Sam oskarżony dał też wtym względzie bardzo precyzyjną, chociaż na pewno nie zamierzoną w sądowo-psychiatrycznym sensie, odpowiedź.
Zapytany bowiem przez przewodniczącego rozprawie sędziego Wacława Laskowskiego, czy przyznaje się do winy zarzuconej przez akt oskarżenia, odparł z wielką pewnością siebie: "Do winy się nie przyznaję. Przyznaję się jedynie do złamania prawa i za to złamanie gotów jestem ponieść najdalej idącą odpowiedzialność".
Mając więc rację ci czciciele zabójcy pierwszego prezydenta odrodzonej Polski, którzy twierdzą, że popełniono na nim mord w majestacie prawa. Wszystko wskazuje, że powinien był raczej trafić do Tworek niż przed pluton egzekucyjny. Takie jednak było zapotrzebowanie opinii publicznej.

Bibliografia (spis)
"Rzeczpospolita"
Proces Eligiusza Niewiadomskiego
Morderstwo manipulowane
autor: Stanisław MilewskiI
Avatar użytkownika
jerzy
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 2
Twórca indeksów (2)

Wyrok ws. Eligiusza Niewiadomskiego

Postprzez jerzy » 15.02.2009

W dniu 30 grudnia 1922 roku, w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej.
Sąd Okręgowy w Warszawie w Wydziale VIII karnym na posiedzeniu sądowym w składzie następującym:
przewodniczący: sędzia Wacław Laskowski
sędziowie: Jan Kozakowski i Tadeusz Krassowski
podsekretarz: Maria Majewska
prokurator: Kazimierz Rudnicki
rozpoznawał sprawę mieszkańca m. st. Warszawy Eligiusza Niewiadomskiego, lat 53, oskarżonego o to, że dnia 16 grudnia 1922 roku w Warszawie podczas otwarcia wystawy w gmachu Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych dokonał zamachu na życie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, Gabriela Narutowicza dając doń trzy strzały Rewolwerowe i powodując natychmiastową śmierć prezydenta tj. z artykułu 99 KK i artykułu 15 Przepisów Przechodnich do KK i zważywszy, że na rozprawie głównej podsądny Niewiadomski nie przyznał się do winy, lecz przyznał fakt zabójstwa wystrzałami z rewolweru prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Narutowicza i podał, iż od czterech lat nosił się z zamiarem zabójstwa b. Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego, uważając go za odpowiedzialnego za wszelkie niedomagania dotychczasowego ustroju Polski, że jednakże od zamiaru tego odstąpił z chwilą, gdy Józef Piłsudski nie zgodził się na wystawienie jego kandydatury na prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, ze dopuścił się zabójstwa prezydenta Narutowicza z powodu przyjęcia przez niego wyboru na to stanowisko, mimo że wybór ten nastąpił głosami niepolskimi w Zgromadzeniu Narodowym oraz że dołączony do sprawy jako dowód rzeczowy rewolwer jest ten sam, z którego podsądny strzelał do prezydenta Narutowicza;
że z zeznań świadków Cara, Kozłowskiego, Okunia i Sołtana wynika, iż gdy 16 grudnia 1922 roku po południu prezydent Narutowicz przybył do gmachu Zachęty Sztuk Pięknych w warszawie na otwarcie wystawy i w sali nr 1 oglądał wystawione dzieła, to nagle podsądny Niewiadomski dał z rewolweru do prezydenta Narutowicza trzy strzały od tyłu i w bliskiej od niego odległości, po czym prezydent Narutowicz upadł na ziemię i wkrótce zmarł, a podsądny Niewiadomski został aresztowany przez świadków Okunia i Sołtana z rewolwerem w ręku, który mu świadek Sołtan odebrał;
że biegły Kłępiński orzekł, iż dołączony do sprawy jako dowód rzeczowy i okazany mu na rozprawie głównej rewolwer jest tym, z którego niedawno strzelano i że dołączone do rozprawy dowody rzeczowe - i okazane biegłemu na rozprawie głównej - jeden pocisk, dwie łuski, jeden nabój i magazynek z nabojami są zupełnie nadającymi się do wymienionego rewolweru (...);
że biegły profesor Grzywno-Dąbrowski w swoim imieniu i w imieniu biegłych pułkownika dr. Piestrzyńskiego i prof. dr. Lotha, wyrażając jednomyślną ich wszystkich opinię, orzekł na podstawie danych przewodu sądowego, iż prezydentowi Narutowiczowi zadane były trzy rany postrzałowe z tyłu, z których dwie w klatkę piersiową, jedna zaś w okolice lędźwiowego kręgosłupa, przy czym jedna z kul od tych wystrzałów przeszyła na wskroś serce (...) oraz że wszystkie trzy postrzałowe rany mogły być zadane za pomocą wystrzałów z rewolweru - dołączonego do sprawy jako dowód rzeczowy i okazanego biegłym na rozprawie głównej;
(...) że na podstawie całego kompleksu wszystkich powyżej przytoczonych danych i danych przewodu sądowego Sąd Okręgowy przyszedł do przekonania, iż podsądny Niewiadomski (...) rzeczywiście dnia 16 grudnia 1922 roku w Warszawie, podczas podczas otwarcia wystawy w gmachu Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych dokonał zamachu na życie wybranego przez Zgromadzenie Narodowe, zgodnie z Konstytucją z dnia 17 marca 1921 roku obowiązującą w Rzeczypospolitej Polskiej, prezydenta Gabriela Narutowicza w trzecim dniu jego urzędowania, dając do niego trzy strzały rewolwerowe i powodując tym natychmiastową jego śmierć, że w ten sposób podsądny Niewiadomski popełnił przestępstwo przewidywane przez artykuł 99 KK i winien za to odpowiadać;
że co się tyczy kary, to mając na uwadze z jednej strony prawie fanatyczne przywiązanie podsądnego Niewiadomskiego do swych poglądów, pojęć i uczuć, które jednakże mogło być i winno być hamowane przez jego wysoką inteligencję i wykształcenie, z drugiej zaś strony mając na uwadze, że podsądny Niewiadomski dopuścił się czynu na wskroś anarchistycznego, mogącego przy obecnym stanie Polski, przy braku jej wewnętrznej konsolidacji wywołać powszechną w kraju anarchię, że podsądny Niewiadomski, mając zupełną możliwość zamanifestowania swojego stanowiska konstytucyjnie, nie poddał się obowiązującej konstytucji, nie uszanował jej i targnął się na Majestat Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej w osobie Jej Prezydenta;
(...) że brak wysokich moralnych prawd w życiu narodów musi prowadzić do walk zaciętych i do rozkładu i tylko wysokie prawdy prowadzą do istotnego ładu w życiu publicznym narodu;
że najwyższa władza narodu - Reprezentant Majestatu Rzeczypospolitej Polskiej, odpowiedzialny przed sumieniem i Bogiem, wyobraża tę najwyższą zasadę praw moralnych, bez których rozwój społecznych i politycznych stosunków jest niemożliwy dla tych, którzy prawdy sumienia jako najwyższą prawdę głoszą i dlatego w Polsce, która tak głęboko wyznawała konieczność przenikania się zbiorowości z najwyższymi ideałami moralnymi (...) nigdy nie było zamachów na Reprezentanta Najwyższej Władzy - Sąd Okręgowy doszedł do najgłębszego i niezłomnego przekonania, ze w danym wypadku zachodzą wszelkie te wyjątkowe warunki, o których mówi część 2 artykułu 15 Przepisów Przechodnich KK i dlatego (...) zawyrokował
mieszkańca Warszawy Eligiusza Niewiadomskiego, lat 53, syna Wincentego i Julii, skazać po pozbawieniu praw stanu w myśl artykułów 25, 28, 30 i 34 KK na karę śmierci. Ściągnąć z pozostałego po skazanym majątku opłaty sądowe w wysokości dwu tysięcy marek i koszty sądowe niniejszej sprawy. Spośród dowodów rzeczowych: rewolwer, magazynek z czterema nabojami, oddzielny nabój, pocisk i dwie łuski skonfiskować i przekazać Zakładowi Medycyny Sądowej Uniwersytetu warszawskiego, cztery listy anonimowe przekazać Prokuratorowi Sądu Okręgowego, pozostałe zaś dokumenty pozostawić przy sprawie.
Podpisy: sędzia Wacław Laskowski, sędzia Tadeusz Krassowski

Bibliografia (spis)
Wyrok w sprawie zamachu na prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 30 grudnia 1922 roku
Avatar użytkownika
jerzy
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 2
Twórca indeksów (2)

Ignacy Sołtan przebieg pracy ideowo-niepodległościowej

Postprzez jerzy » 20.06.2009

Dokładny życiorys i przebieg pracy ideowo-niepodległościowej:

W 1917 roku służąc w gwardii rosyjskiej prowadził energiczną agitację za formowaniem oddziałów polskich, pomimo licznych trudności udało mu się szwadron w sile 150 szabel sformować i doprowadzić do 1 pułku ułanów polskich do Dukory pod Mińskiem.
W zimie 1917-18 roku i na wiosnę 1918 r. brał bardzo czynny udział w walkach z bolszewikami i został odznaczony amarantową wstążką.
Po rozbrojeniu Korpusu należał do tajnej organizacji pułku mającej na celu dalszej walki o niepodległość, należał do grupy znajdującej się w Królestwie.
Od października 1918 roku znajduje się w Warszawie gdzie bierze czynny udział w przygotowaniu rozbrojenia Niemców.
Odznacza się w dniu 11 listopada 1918 r. podczas rozbrojenia Niemców w Warszawie .
Wyrusza na front wraz z pułkiem i pozostaje w nim do chwili powołania na przybocznego adiutanta Marszałka Piłsudzkiego.

Pieczątka : Przewodniczący Sekcji Legionu Puławskiego Jasiński ppłk. dypl.
Za Centralne Archiwum Wojskowe.

Na wieść o organizowaniu Polskich formacji, zaciąga się w 1917 r. do szeregów 1.p.ul. Krechowieckich, gdzie z całą energią i zaparciem się siebie pracuje na polu wyszkolenia powierzonych sobie żołnierzy, oraz nad utrwalaniem i pogłębieniem w nich przeświadczenia o konieczności walki aż do odzyskania niepodległości i poświęcenia siebie dla chwały Ojczyzny i oręża Polskiego. Osiągając b. duże wyniki na polu wyszkolenia, w boju świecąc przykładem, przyczynia się do świetnych rezultatów, jakie 1.p. uł.. Krechowieckich osiąga zawsze ilekroć w jakiejkolwiek akcji występuje.
Za Centralne Archiwum Wojskowe.
Avatar użytkownika
jerzy
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 2
Twórca indeksów (2)

Re: Ignacy Sołtan adiut.Piłsudskiego i Prez.Narutowicza

Postprzez jerzy » 05.01.2010

Nie wszyscy wiemy że w filmie "Śmierć Prezydenta" (Narutowicz)
Rok produkcji: 1977
Premiera: 1977. 10. 10
Gatunek: Film historyczny, Film biograficzny, Film polityczny
Reżyseria: Jerzy Kawalerowicz
w roli rtm, Ignacego Soltan wystąpił Borys Marynowski (rotmistrz Sołtan, adiutant Narutowicza)
http://www.filmpolski.pl/fp/index.php/12480
Avatar użytkownika
jerzy
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 2
Twórca indeksów (2)

Odp: Ignacy Sołtan adiut.Piłsudskiego i Prez.Narutowicza

Postprzez jerzy » 16.08.2012

Pamiątki po Ignacym
638.[PIŁSUDSKI Józef, WIENIAWA-DŁUGOSZOWSKI Bolesław]. Zdjęcie Józefa Piłsudskiego w otoczeniu oficerów Adiutantury Generalnej na schodach przy bocznym wyjściu z Belwederu, z odręcznym podpisem Józefa Piłsudskiego i Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego (również obecnego na zdjęciu) (Fotografia form. 11,8x15,5 cm na tekturowym podkładzie firmowym (25,9x22,5 cm) zakładu Karola Pęcherskiego ("fotografa modernisty") wykonana podczas wojny 1920. Piłsudski w mundurze legionowym, w maciejówce. Na odwrocie podpis Ignacego Sołtana, późniejszego adiutanta Naczelnika Państwa "Sołtan por.". Zdjęcie reprodukowane w: W.Jędrzejewicz, J.Cisek "Kalendarium życia Józefa Piłsudskiego", War. 1998, t.2, [tabl. 9]. Niewielki ubytek dolnego narożnika podkładu, poza tym stan bardzo dobry

642.[SOŁTAN Ignacy]. Zbiór 5 różnych wizytówek Ignacego Sołtana, adiutanta Józefa Piłsudskiego i Gabriela Narutowicza (Wizytówki z tekstem: Ignacy Pereświt-Sołtan; Rotmistrz Sołtan (na odwrocie odręcznie "Sołtanowa Helena"); Rotmistrz Ignacy Sołtan, Adjutant Naczelnika Państwa; Lieutenant Ignace Soltan, Aide de Camp du Chef de l'Etat, Belvedere; Ignacy Sołtan, porucznik 1-go Pułku Ułanów Krechowieckich". Niewielkie zaplamienia i otarcia

I.Sołtan (1894-1940) - oficer WP, kawaler Virtuti Militari i Krzyża Walecznych, ziemianin; uczestnik walk z bolszewikami na przełomie 1917/1918 i rozbrajania Niemców w Warszawie 11 XI 1918, uczestnik Kampanii Ukraińskiej; w 1920 zostaje adiutantem przybocznym Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza, a w 1922 I adiutantem Prezydenta RP Gabriela Narutowicza; po zamachu na prezydenta rozbroił zamachowca i zatrzymał go wespół z E.Okuniem). cena wywoławcza: 200.-
http://www.raraavis.krakow.pl/Katalog97/a97-07varia.htm
Avatar użytkownika
jerzy
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 2
Twórca indeksów (2)


Powrót do Opowiadania