171. Wspomnienia z Obozów Koncentracyjnych - Matylda Habdas

Historie zasłyszane, pamiętniki, legendy rodzinne. Z urwanych słów, z kilku strzępków opowieści, gdy się wsłuchasz wysnujesz obraz ich życia - zamglony, niewyraźny i jakiś taki bliski niezmiernie ...
* CO W DZIALE? - Opowiadania rodzinne, historie zasłyszane, fragmenty pamiętników, niepotwierdzone legendy, historie o duchach, historyjki o zwierzętach domowych, o pokojach, powozach, klombach kwiatowych w ogrodzie, figurkach itp. Wszystkie nawet drobne, beletrystyczne rodzinne zapisy z dawnych czasów. Opowiadania mogą mijać się z prawdą, być niesprawdzone, pisane stylem dowolnym.
* OPISY - Przy dłuższych opowiadaniach można na początku wprowadzić indeks osób, miejsc, lub wydarzeń.
* POMOC - Trudności proszę sygnalizować w dziale "Poradnia", na wszystkie odpowiemy, tworząc jednocześnie FAQ
* PISANIE - Bardzo prosimy umieszczać w tekście znaczniki do leksykonu, lub innych działów. np. znacznik [leks] odsyła do hasła w leksykonie. znacznik [leks=] prowadzi do hasła innego niż link (np. inna forma gramatyczna). Leksykon. Pozwoli to czytelnikom korzystać z szerzej informacji.

Wspomnienia z Obozów Koncentracyjnych - Matylda Habdas

Postprzez Marcin » 29.01.2008

autor: Matylda Habdas żona Jana Jaroszewskiego, nadesłał: Romuald Kromplewski

I. Droga do piekła

W dniu Zielonych Świątek, w maju 1944 r. o godzinie 4 rano wpadli do naszego domu gestapowcy. Nie podając żadnych przyczyn aresztowali mnie i męża. Szli tak od domu do domu, po całym mieście, zabierając ludzi z każdej niemal rodziny. Zaprowadzili nas najpierw na żandarmerię w Łapach. Tam załadowano nas na kryte samochody ciężarowe, po 50 osób na każdy i wieziono w stronę Brańska. Po pewnym czasie zmieniono kierunek i przez Płonkę zawieziono do Białegostoku. Było nas około 1500 osób. Umieszczono nas w więzieniu, w celach po 200 osób. Wkoło rozlegał się nieustanny płacz, jęk i modły. Na podwórku rozstrzeliwania i krzyk bitych więźniów. Trzymano nas tam cztery dni. Do jedzenia dawano nam raz na dzień klej z kasztanowej mąki. Raz na dzień wyprowadzano nas na podwórze. Widziałam tam przez okna poprzywiązywanych do krzyżów mężczyzn wiszących w powietrzu. Podobno miano nas rozstrzelać, lecz w końcu zadecydowano deportację do obozów. Wyprowadzono nas w szeregach po pięć osób, otoczono kordonem uzbrojonej żandarmerii z psami i zaprowadzono do dworca towarowego. Tam już stały przygotowane wagony towarowe, brudne, po wapnie i bydlętach, do których władowano po pięćdziesiąt osób. Dano nam po kawałku chleba z trocinami, którego starczyło zaledwie na jeden dzień. Jeden raz wrzucowno nam do wagonów liści szczawiu. Wieziono nas tak przez cztery dni. W Prostkach pociąg zatrzymano. Gestapowcy wyprowadzili rozebranych do pasa mężczyzn i dokądś pędzili. W Prostkach ostatni raz w życiu widziałam mego męża przez zakratowane okienko towarowego wagonu. Również w Prostkach widziałam pierwsze ofiary z naszego transportu. Była to siedemnastoletnia dziewczyna z Sokół, którą zabrano razem z matką. Trupa dziewczyny wyrzucono, a odchodzącą z rozpaczy od zmysłów matkę - dobito. Pociąg zatrzymywano na szlaku, kiedy waliły się bomby, wagony były szczelnie zamknięte.


II. Rawensbruck

Po czterech dniach dowieziono nas do Rawesbruck. Ustawiono nas znowu w piątki i pędzono. Straszna to była droga. Wokoło ciągnęły się kupy pisku. Przy każdej kupie stała w pasiaku, z numerem, z winklem na rękawie kobieta. Przesypywały piasek z jednej kupy na drugą i tak całymi kilometrami, aż do wagonów. Doszłyśmy do miejsca skąd ten piasek wydobywano. Wyglądało to tak, jakby robiono sztuczne jezioro. Stały tam kobiety w wodzie i z wody ten piasek wydobywały, przesypując dalej z kupy na kupę. Gestapówki stały z gumami i wrzeszcząc "schnel arbejt" waliły te omdlałe z głodu i ciężkiej pracy kobiety.

Doprowadzono nas wreszcie przez kilka szlabanów i dzwonków do obozu. Wokoło woda, zasieki z drutów kolczastych na kilka metrów, co kilka metrów latarnia, a co kilkadziesiąt "jaskółka" i żandarm z karabinem. Ujrzałyśmy wszędzie baraki i piece krematoryjne.

Po łaźni i zabraniu nam wszystkiego, nawet włosów, dano nam drewniane, z drzewa wydłubane klumpy,nabite ćwiekami, że zaraz były pełne krwi. Ubranie dostałam z dziesięcioletniej dziewczynki z naszytym przez całe plecy krzyżem innego koloru. Zaprowadzono nas do baraków, w których umieszczono po tysiąc kobiet. W barakach pilnowały nas kryminalne więźniarki niemieckie.One rozdzielały również między nas pożywienie. Była to zupa sporządzona z pokrzyw, wyrośniętej rzodkiewki, patyków szpinaku lub wytłoków buraczanych. My, nowe, wybierałyśmy te niejadalne patyki, wysmoktywały i wyrzucały do śmietników, zaś te kobiety, które były tutaj już od dawna, wybierały te odpadki i zjadały. Mówiły nam, że jak tu pobędziemy dłużej, to także będziemy jadły wszystko. Pomimo tego,, że był już maj, panowały takie chłody, że do godziny 11-tej dachy były białe od mrozu. Było nam przeraźliwie zimno. Potem przyszły znów straszne upały. Miałyśmy trzypiętrowe koje. W każdej koi, trochę szerszej od trumny, leżało nas po cztery, tak, że nogi były na głowie towarzyszki. W kojach były trociny, a robactwa, pcheł - aż czarno. Trzymano nas tam przez miesiąc. Codziennie stałyśmy na apelu po cztery godziny rano i wieczorem. Codziennie wypędzano nas nagie na defiladę przed oficerami, którzy wybierali najmłodsze i najładniejsze do domów publicznych i na króliki doświadczalne. Któregoś dnia przywieźli 200 kobiet spuchniętych, granatowych. Podobno pracowały przy fosforze i się zatruły. Od razu poszły do pieca. Poddawano nas najwyszukańszym badaniom na krześle ginekologicznym. Stosowano jakieś zastrzyki. Jedną dwunastoletnią dziewczynkę, która się broniła i zachowała majteczki, zabito na naszych oczach na śmierć. W barakach było tak straszliwe przepełnienie, że siedząc na podłodze trzeba było kolana trzymać pod brodą. Miejsca było tyle, co pod krzesłem. Co chwila wyciągano umarłe, rozbierano do naga, ładowano na wózek i do pieca.

Po miesiącu tej strasznej udręki znowu zapędzono nas do wagonów. W każdym wagonie dwóch uzbrojonych gestapowców. W tych zamkniętych, towarowych wagonach wieziono nas znowu cztery dni pod nieustannym gradem bomb.


III. Leipzig

Dowieziono nas tak do miasta Leipzig. Znowu umieszczono w barakach ogrodzonych zelektryfikowaną siatką. O godzinie 4-tej rano pobudka. Na śniadanie dostawałyśmy trochę czarnej kawy i kawałek rzepy lub brukwi. Potem godzinny apel. Następnie piątkami, pod eskortą uzbrojonych żandarmów z psami prowadzono do fabryki. Fabryka nazywała się "Hasak". Produkowano w niej amunicję. Praca trwała 12 godzin. Następne 12 godzin przeznaczone było na odpoczynek. Z tego na apelu stało się nieraz i pięć godzin. Po każdym apelu na placu zostawały trupy. Naloty lotnicze były ciągłe. Schrony znajdowały się pod ziemią. Zapędzano nas do schronów, bo potrzebna była siła robocza. Ja pracowałam przy maszynie, która napełniała pociski ołowiem. Nigdy nie mogłam wytrzymać przez wszystkie te godziny. Kiedy mdlałam, to mnie wynoszono, cucono i znowu stawiano przy maszynie. Po pewnym czasie z baraków przeprowadzono nas do więzienia murowanego. Było nas tam sześć tysięcy. W jednej celi umieszczono po 300 kobiet. Podłoga była asfaltowa. Koje czteropiętrowe, zabudowane tak gęsto, że trzeba się było wsuwać w pozycji leżącej. Z góry stale sypały się trociny, bo sienniki były rzadkie, papierowe. Trociny ruszały się od pcheł. I tak mijał dzień za dniem. Nieustanny głód, wycieńczenie, praca ponad siły, bicie - doprowadziły do tego, że spuchłam, jak maska. Wiele moich towarzyszek tak samo. Kiedy było nas, takich chorych, niezdolnych do pracy już ogromna grupa - wyprowadzono nas do Hanower. Był tam międzynarodowy tłum więźniarek. Załadowano nas do wagonów. Nadleciały samoloty i zbombardowały całą stację, zniszczyły tory kolejowe, powywracały wagony. Wokoło tylko jedna ludzka miazga. Żywych gestapowcy zagnali do baraków. Po kilku dniach, kiedy naprawiono tory, znowu załadowano nas do wagonów i po tygodniowej, strasznej przeprawie zawieziono nas do Belsen.


IV. Belsen

Od stacji prowadzono nas bardzo długo, głębokimi lasami. Była to taka głusza, że sądziłyśmy, że nie odnajdzie nas tam ani Bóg, ani diabeł.. Obóz i tutaj był ogrodzony drutami elektrycznymi, przejścia zamknięte szlabanami, strzeżone. To co się działo w tym obozie nie da się w ogóle opisać. Wszyscy więźniowie mieli tyfus i dural. Był to obóz ostatecznej zagłady. Piece, do których wrzucano ludzi jeszcze żywych - nie nadążały. Kto miał siłę jeszcze się ruszać i ogryść umarłego, to tak się żywił. Innego pożywienia nie dostawałyśmy wcale. Kloaki były pełne trupów. Stosy trupów między żywymi straszliwie chorymi ludźmi. Byłam tak wychudzona, że przy moim wysokim wzroście nie ważyłam więcej jak 30 kilogramów. Nie stawałam na nogi, tylko czołgałam się na pośladku jak dziecko wśród tych gromad nagich trupów. Skórę miałam zdartą do krwi. W barakach odartych z poszycia nie było koi. Żywi czołgali się wśród trupów i ludzkich odchodów. Wszy, to było tam tyle, że w lesie ruszał się piasek, można by je zgarniać łopatą. Każde zwłoki miały wyjedzone serce, płuca, wątrobę, bo na zagłodzonych trupach nie było mięśni. Wokół widziało się tylko całe kilometry nagich, wyschniętych trupów. Dym z pieców krematoryjnych, to tak gryzł w oczy, że stale płynęły łzy, a w gardłach piekło goryczą. Były tam takie stałe komanda, których zadaniem było wleczenie trupów do pieców. Straszny to był widok. Dwóch wychudłych, jak szkielety ludzi wlokło po ziemi za nogi nagie zwłoki, z których ciągnęły się jelita. Przez ogrodzenie widziałam karne apele mężczyzn, którzy z cegłami w podniesionych rękach stali przez całe dnie na placu, a który padał - dostawał strzał w głowę.

Wszędzie trupy, trupy, trupy...

Pewnego dnia przywieziono pięćset kobiet z Powstania Warszawskiego. W ciągu jednego tygodnia wszystkie one umarły na durfal i z głodu. Mój numer obozowy: 90980. (dziewięćdziesiąt tysięcy dziewięćset osiemdziesiąt).


V. Wyzwolenie

W owym czasie myśli moje były tak sparaliżowane przerażającą grozą tego piekła, potwornym głodem i męką strachu, że nie było w nich nawet nadziei na przetrwanie. Nie wierzyłam, że ktoś nas kiedyś w tych lasach odnajdzie.

A jednak!

Przyleciały samoloty, zbombardowały krematoria. Zbliżył się front. Pewnego dnia władze obozowe uciekły. Zjawiły się wojska angielskie i radzieckie. Natychmiast sprowadzono samochodami wodę i żywność dla tych co jeszcze żyli. Umarłych grzebano w olbrzymich rowach. Wszystko szczegółowo fotografowano. Wielu z nas, zamęczonych głodem rzucało się na pożywienie bez pohamowania i natychmiast w straszliwych męczarniach konało. Ja przez kilka dni smoktałam tylko skórkę chleba popijając kleikiem.

Anglicy rozbili natychmiast namioty, w których urządzono łaźnie, dano czystą odzież. Następnie przewieziono do Bolsen - Bergen, gdzie nas leczono. Tam mimo opieki lekarskiej znowu zachorowałam na durfal. Miałam świerzb i egzemę. Ciało poranione przez obozowe pasożyty nie chciało się goić. Przez pępek było widać kiszki, a piersi, to były tylko dziury z robakami. Podawano nam bardzo wiele witamin, zieleniny. Potrafiłam zjadać litrowy słoik pokrojonych porów. Stale miałam uczucie głodowego bólu żołądka, pomimo, że byłam dobrze nakarmiona. I tutaj niestety ludzie ciągle jeszcze umierali. Przeżył tylko ten, kto miał bardzo silny organizm. Ja po pewnym czasie zaczęłam odzyskiwać siły i stawać na nogi. Poszłam do pracy w kuchni, ażeby mieć możliwość łatwiej nasycić nieustający głód. Pracowałam w rękawiczkach, ażeby ukryć rany na rękach. Ogólne warunki były tam zupełnie dobre. Mieszkałyśmy w pokojach, dostawałyśmy ręczniki, koce, mydło kąpielowe. Właśnie w Belsen - Bergen doczekałam końca wojny. Była to radość ogromna, nie do opisania widzieć te białe flagi kapitulacji barbarzyństwa. Od tej chwili jedyną moją myślą były dzieci, mąż, matka, dom. O rodzinie nic nie wiedziałam. Po pewnym czasie Anglicy przewieźli nas do Bordowicka, gdzie ulokowali nas w pięknych willach i domach opuszczonych przez niemców. Byli tam ludzie z całej Europy: Włosi, Węgrzy, Łotysze, Rosjanie, Bułgarzy, Szwedzi, Francuzi i wiele innych. Wszystko to ofiary hitlerowskiej polityki. Śmierć w dalszym ciągu zbierała swoje żniwa. Co dzień było pełno pogrzebów. Anglicy karmili nas tylko koniną. Powierzono mi tam funkcję komendantki. Dozorowałam wyżywienie 30 osób.

Myśl o powrocie do domu nie odstępowała mię ani na chwilę. Wybrałam się pieszo do Lunenburga. Było to bardzo daleko, ale nie miałam żadnych pieniędzy, ażeby zapłacić za środek lokomocji. Poszłam jednak, ażeby przepatrzyć, zorientować się w możliwości dostania się do domu. Udało mi się dołączyć do obozu rosyjskiego, który szykował się do odjazdu na wschód. Były tam całe rosyjskie rodziny. Razem z nimi dostałam się do Waserwercku. Tutaj mieszkaliśmy w tartaku. Po pewnym czasie, znowu z rosyjskim transportem liczącym 1500 osób, który kierował się do Kowla, wojskowymi samochodami wyjechaliśmy w następny etap. Na drogę przydzielono nam suszonych kartofli i konserwę. W czasie podróży, na postojach wychodziliśmy w pola, wygrzebywali ziemniaki i gotowali w menażkach na ogniskach. Na takim postoju, w miejscowości Rutki, już na polskiej ziemi, po kryjomu oddaliłam się od transportu i uciekłam. Kiedy byłam już pewna, że transport odjechał wyszłam na szosę kierując się ku domowi. I tak z wioski do wioski litościwi gospodarze podwozili mię coraz bliżej, aż w końcu 9 września 1945 r dostałam się do wsi Jeńki, gdzie był mój dom.


VI. Powrót

Zastałam tylko gołą ziemię. Z naszego domostwa zostały tylko zgliszcza. Cały dobytek zabrali niemcy. Całe gospodarstwo wraz z dorobkiem całego życia - spalili. Od sąsiadów dowiedziałam się, że moje dzieci wraz moją matką są w Łapach, że żyją. Znowu, któryś z sąsiadów ofiarował mi swą pomoc i zawiózł mię do Łap. Mojej młodszej córeczki w ogóle nie poznałam. Przez długi czas dochodziłam do sił, bo pełnego zdrowia nigdy już nie odzyskałam. Mąż mój z tego piekła nie wrócił. Poszukiwałam go przez długie lata. Ostatni ludzie, którzy mogli mi coś o nim powiedzieć widzieli spuchniętego z głodu, nieprzytomnego w obozie w Oranienburgu. Zginął więc chyba gdzieś pod stosami bezimiennych trupów, jak tysiące innych ofiar hitleryzmu.

Ażeby utrzymać rodzinę poszłam do pracy do szpitala w Łapach, a po pięciu latach przeniosłam się do Warsztatów Kolejowych. Nie miałam siły dosłużyć się emerytury. Na podstawie orzeczenia lekarskiego otrzymałam rentę inwalidzką. Dzieci dorosły, usamodzielniły się.

Ja poprzez oszczędności i wyrzeczenia szeregu długich lat zdołałam uzyskać mieszkanie spółdzielcze w Białymstoku i teraz moja egzystencja jest w zasadzie zabezpieczona. Lata przezyte w obozach hitlerowskich wyryły jednak nie tylko trwałe ślady na moim organizmie, lecz również straszliwe piętno na moim życiu wewnętrznym. Wspomnienia tamtych koszmarnych lat dręczą mnie zawsze, i w dzień i w nocy, trwa wieczna świadomość straszliwej, niezasłużonej krzywdy.

I jeszcze teraz, po trzydziestu latach, kiedy to piszę - drżą mi z przerażenia ręce.-

Białystok, marzec 1974 r


*} (Przypis Romualda Kromplewskiego) To co opisała mama mojej żony, było poprawiane i przepisane na maszynie przez jej brata. Ja niemal niczego nie zmieniałem w tym opisie, choć nie jestem pewny np. pisowni niektórych miast, nazw chorób itp. Także to, że słowo "niemcy" jest pisane z małej litery jest celowe. Tak pisano przez szereg lat po wojnie, uważając że naród ten za swe zbrodnie nie zasługuje by pisać o nim dużą literą. Widać niektórym więźniom obozów koncentracyjnych pozostało to jeszcze nawet po 30 latach. Co do zdrowia fizycznego to najwyraźniej miała nadzwyczaj mocny organizm. Ostatnie 6 lat mieszkała u nas, dożywając 99,5 lat życia. Pod względem psychicznym było gorzej. Leczono ją w szpitalu, bo wyła z bólu, a lekarze nie mogli dojść tego przyczyny - ta była poza zdrowiem ciała.
"Ateista - to ktoś wierzący w brak wiary, i twierdzący że wierzenie jest bez sensu"
Avatar użytkownika
Marcin
Administrator
Administrator
Lokalizacja: Kraków
Medale: 1
Pomoc techniczna (1)
Imię i nazwisko: Marcin Niewalda

Powrót do Opowiadania