Portal w trakcie przebudowywania.
Niektóre funkcje są tymczasowo wyłączone, inne mogą nie działać poprawnie.

Zakrzeński Janusz

14.04.2010 08:50
Janusz Zakrzeński urodził się w 1936 roku w Przededworze, w powiecie kieleckim, w ziemiańskiej rodzinie.
- W naszym domu panowała artystyczna atmosfera – mówił w wywiadach. - Dziadek malował, pisał wiersze, recytował, matka śpiewała w operze we Wrocławiu. Moje dziecięce lata były związane z Teatrem Słowackiego, w którym grała ciotka. Chodzenie na spektakle było obowiązkiem.

W 1960 roku skończył PWST w Krakowie. W latach 1960-1967 był aktorem Teatru im. J. Słowackiego, potem pracował w warszawskich teatrach: w Nowym, Polskim, Narodowym. W pamięci widzów kinowych pozostanie zarówno dzięki rolom dramatycznym - Napoleona z „Popiołów” Wajdy, Korczyńskiego z „Nad Niemnem” Kuźmińskiego czy Witkiewicza z „Tumoru Witkacego” Dubowskiego, jak i komediowym – choćby w „Misiu” Barei. Najsilniej jednak kojarzony jest z kreacją Marszałka Józefa Piłsudskiego w „Polonii Restitucie” Bohdana Poręby z 1980 r.
. Autor książek Moje spotkania z Marszałkiem, Gawędy o potędze słowa. Sam również stał się bohaterem wywiadu rzeki Co mi zostało z tych lat przeprowadzonego przez Lidię Stanisławską oraz książki Siła codzienności (autor: Marzanna Graff-Oszczepalińska).
Zmarły był członkiem rady programowej Związku Piłsudczyków, a także założycielem Akademii Dobrych Obyczajów, w której to Akademii wykładał kulturę słowa.
W 2008 Światowy Zjazd Sybiraków przyznał mu nagrodę "Ambasador Sybiraków" za rolę w spektaklu "Bezgłośny Krzyk". W 2009 ponownie przyznano mu tytuł "Ambasador Sybiraków" za całokształt pracy. W tym samym roku otrzymał "Bursztynowe drzewo" - nagrodę przyznawaną przez Kaszubów za zasługi wobec kultury. Nagrodę przyznano w kategorii "najlepszy aktor" (nagrodę otrzymali również Marzanna Graff-Oszczepalińska i Ewa Kania).
My zapamiętamy pana Janusza z jego wybitnych kreacji aktorskich, a w szczególności za wielokrotne wcielanie się w postać Marszałka Piłudskiego.
Filmografia
• 2008 - ODŁAMEK (318) w NA DOBRE I NA ZŁE Obsada aktorska (pan Zygmunt),
• 2005 - 312, 315, 320, 321, 328, 336, 339, 342, 343, 349, 355, 356, 358, 359, 360 w M JAK MIŁOŚĆ Obsada aktorska (Michał Dziduszko),
• 2000 - SERWANTKA GENERAŁOWEJ (3) w PRZEPROWADZKI Obsada dubbingu (Piłsudski Józef ; rola Tomasza Pijanowskiego),
• 1998 - LIST DO SZEFA (2) w MIODOWE LATA Obsada aktorska (prezes Marczak),
• 1989 - REDUTY WRZEŚNIA Obsada aktorska,
• 1989 - GDAŃSK 39 Obsada aktorska (podpułkownik Wincenty Sobociński),
• 1988 - DESPERACJA Obsada aktorska (pułkownik Huber),
• 1986 - NAD NIEMNEM (serial tv) Obsada aktorska (Korczyński Benedykt),
• 1986 - NAD NIEMNEM Obsada aktorska (Korczyński Benedykt),
• 1986 - EPIZOD BERLIN - WEST Obsada aktorska (Jan Bard),
• 1985 - TUMOR WITKACEGO Obsada aktorska (Witkiewicz Stanisław Ignacy (pseud. Witkacy)),
• 1985 - MENEDŻER Obsada aktorska (profesor Zwoliński, ojciec Rafała),
• 1984 - PRZYBŁĘDA Obsada aktorska,
• 1983 - NA ODSIECZ WIEDNIOWI Obsada aktorska (hrabia Jan Zwierkowsky, poseł Cesarstwa),
• 1982 - POLONIA RESTITUTA (serial tv) Obsada aktorska (Piłsudski Józef ; odcinki 1-7),
• 1981 - JUŻ TYLKO NADZIEJA (6), POWOŁANIE (7) w NAJDŁUŻSZA WOJNA NOWOCZESNEJ EUROPY Obsada aktorska (nadprezydent prowincji poznańskiej, rozmówca Bismarcka; w rzeczywistości wystąpił tylko w odcinku 7),
• 1980 - KOTY MAJĄ SIĘ DOBRZE (5) w TYLKO KAŚKA Obsada aktorska (ojciec Marcina),
• 1980 - POWSTANIE LISTOPADOWE. 1830 - 1831 Obsada aktorska (generał Ignacy Prądzyński),
• 1980 - POLONIA RESTITUTA Obsada aktorska (Piłsudski Józef),
• 1980 - MIŚ Obsada aktorska (Bogdan Zagajny, reżyser filmu "Ostatnia paróweczka hrabiego Barry Kenta"),
• 1980 - 6 w KRÓLOWA BONA Obsada aktorska (Taszycki Mikołaj , podsędek krakowski, przywódca rokoszu z 1537 r.),
• 1980 - GŁOSY Obsada aktorska (docent Józef Bartkowski, szef Marka),
• 1980 - BEZ MIŁOŚCI Obsada dubbingu (redaktor naczelny tygodnika "Kultura i My"; rola Mirosława Szonerta; nie występuje w napisach),
• 1979 - TAJEMNICA ENIGMY Obsada aktorska (pułkownik Gwido Langer, szef Biura Szyfrów),
• 1979 - SEKRET ENIGMY Obsada aktorska (pułkownik Gwido Langer, szef Biura Szyfrów),
• 1979 - PROM DO SZWECJI Obsada aktorska (minister),
• 1979 - MAŁGORZATA Obsada aktorska,
• 1978 - TUPANACA (6) w ŻYCIE NA GORĄCO Obsada aktorska (don Octavio Alezan, szef służby bezpieczeństwa Guademurki),
• 1978 - CO MI ZROBISZ JAK MNIE ZŁAPIESZ Obsada aktorska (Fijałkowski, mecenas prowadzący sprawę rozwodową Krzakoskiej),
• 1977 - SPRAWA GORGONOWEJ Obsada aktorska (doktor Csala, sąsiad Zaremby),
• 1976 - CIEŃ STAROŚCICA (1) w ZAKLĘTY DWÓR Obsada aktorska,
• 1976 - WIELKI UKŁAD Obsada aktorska (Józef, dyrektor przedsiębiorstwa),
• 1975 - SPRAWA MYDŁA (6) w OBRAZKI Z ŻYCIA Obsada aktorska (Batoga, szef kadr),
• 1975 - DZIEJE GRZECHU Obsada aktorska (redaktor "Tygodnika Naukowego"),
• 1975 - WIECZNY ZASTĘPCA (4) w DYREKTORZY Obsada aktorska (towarzysz Pająk z Warszawy),
• 1974 - NADZIEI ZA GROSZE (8) w ILE JEST ŻYCIA Obsada aktorska (inżynier Zieliński),
• 1973 - SPOTKANIE W SANKT - PETERSBURGU (5) w WIELKA MIŁOŚĆ BALZAKA Obsada aktorska (Adam Rzewuski, brat Eweliny Hańskiej),
• 1973 - 1 [SZAFOT] w CZARNE CHMURY Obsada aktorska (namiestnik Erick von Hollstein; w odcinkach 4, 8 nie występuje w czołówce),
• 1973 - 2 [KRWAWE SWATY], 4 [PRZEPRAWA], 5 [CZARNA SAKWA], 6 [INTRYGA], 7 [PANTOMIMA], 8 [WILCZE DOŁY] w CZARNE CHMURY Obsada aktorska (namiestnik Erick von Hollstein; w odcinkach 4, 8 nie występuje w czołówce),
• 1972 - SKARB TRZECH ŁOTRÓW Obsada aktorska (doktor Chlebowicz, kolekcjoner map),
• 1972 - NA KRAWĘDZI Obsada aktorska ("oficer UB" przesłuchujący "Czernika"),
• 1971 - WIKTORYNA CZYLI CZY PAN POCHODZI Z BEAUVAIS? Obsada aktorska (ksiądz, przyjaciel Piotra),
• 1971 - NOS Obsada aktorska (radca stanu),
• 1971 - NA PRZEŁAJ Obsada aktorska,
• 1971 - MATEO FALCONE Obsada dubbingu (Mateo Falcone; rola Bogumiła Simeonowa; nie występuje w napisach),
• 1970 - RÓŻANIEC Z GRANATÓW Obsada aktorska (oficer angielski w szpitalu),
• 1970 - ŚMIERĆ PO RAZ DRUGI (5) w KOLUMBOWIE Obsada dubbingu (szef sztabu; rola Wiktora Grotowicza; nie występuje w napisach),
• 1970 - EPILOG NORYMBERSKI Obsada aktorska (Frank Hans),
• 1969 - ZBRODNIARZ, KTÓRY UKRADŁ ZBRODNIĘ Obsada aktorska (major Durski),
• 1968 - WNIEBOWSTĄPIENIE Obsada aktorska (SS-man),
• 1968 - POSZUKIWANY GRUPPENFUHRER WOLF (18) w STAWKA WIĘKSZA NIŻ ŻYCIE Obsada aktorska (Wehrnitz),
• 1968 - HASŁO KORN Obsada aktorska (Janek, oficer kontrwywiadu),
• 1965 - POPIOŁY Obsada aktorska (Napoleon Bonaparte),
• 1965 - LENIN W POLSCE Obsada aktorska (oficer w oknie pociągu; nie występuje w napisach),
• 1958 - KALOSZE SZCZĘŚCIA Obsada aktorska (lekarz pogotowia; nie występuje w napisach),
• http://www.komendant.osen.pl/

Odpowiedzi (4)

14.04.2010 20:32
Darzył Ojczyznę wielką miłością

Z Haliną Łabonarską, artystką teatralną, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler


W tragicznej katastrofie koło Katynia zginął wielki polski aktor pan Janusz Zakrzeński. Od wielu lat razem z nim brała Pani udział w wielu uroczystościach patriotycznych...
- Bardzo trudno jest w takiej sytuacji mówić o człowieku, który jeszcze niedawno był z nami, a w tej chwili jest na flankach niebieskich, gdzie z pewnością spotkał tych, o których często mówił, a którzy zginęli w Katyniu. Janusz był kimś, kto w sposób szczególny kochał Polskę i był wielkim patriotą. Nie dlatego, że grał wielokrotnie Józefa Piłsudskiego, powtarzając co roku swoją rolę, ale sam jako człowiek był kimś niebywale oddanym Polsce. Dla mnie było to u niego znakiem szczególnym, to go wyróżniało. Bardzo często rozmawialiśmy o Ojczyźnie, którą darzył zawsze wielką miłością. Uważam, że w samolocie prezydenckim nie znalazł się przypadkowo. Być może miał czytać Ewangelię na Mszy Świętej w Katyniu, tak przypuszczam...

Jeden z aktorów wspominał, że przed odlotem miał powiedzieć, że cieszy się, iż leci do Katynia, że los się do niego uśmiechnął...
- To niesamowite. Możemy teraz płakać, mówiąc o tej tragedii, ale jest w tym jednocześnie jakiś znak. Janusz związany był bardzo z tym, co polskie, często mówił o historii Polski. Ostatnio spotkaliśmy się na szczycie Jasnej Góry w lipcu ubiegłego roku podczas pielgrzymki Rodziny Radia Maryja. To było dla nas dawanie świadectwa nie tylko naszej polskości, ale i wiary. Pamiętam, że był w białej koszuli, bez marynarki, tak go widzę dziś, w takiej jasności... Mieliśmy czytanie podczas Mszy Świętej, ja jedno, on drugie. Siedzieliśmy obok siebie... Mam też w pamięci zdarzenie, kiedy nagrywaliśmy razem u mnie w domu przed laty "Pana Tadeusza" dla Radia Maryja. Nagrywał Podkomorzego w warunkach dosyć polowych, lecz z jakim wspaniałym efektem!

Jaki był jako kolega po fachu?
- Był znakomitym aktorem, z dorobkiem wielu wspaniałych ról. Miał w sobie siłę i moc oraz ogromny szacunek dla słowa, dla piękna mowy polskiej. Potrafił to słowo pięknie podawać. Od lat często recytował i śpiewał podczas różnych uroczystości patriotycznych w całej Polsce, miał bowiem piękny głos.

Podkreśla się, że Janusz Zakrzeński nie tyle grał jakąś postać, ile się w nią wcielał, niejako z nią utożsamiał...
- To prawda, ale zawsze zostawał gdzieś on, zawsze można było powiedzieć, że to właśnie Janusz Zakrzeński. Zawsze bowiem zachowywał bardzo wyrazisty stosunek do granej postaci. To on zawsze kreował postaci. Trudno dziś mówić o jego rolach, próbować analizować jego dorobek artystyczny, bo cały czas myślę o nim jako o człowieku. W takim momencie chce się widzieć człowieka, a był dobrym człowiekiem.

Jaki był prywatnie?
- Dobry, serdeczny, rubaszny, często opowiadający anegdoty. Bardzo lubił mówić o ciekawych zdarzeniach, spotkaniach z różnymi ludźmi. Nie było w tym niczego agresywnego. Myślę, że zapalał się, kiedy była rozmowa o pewnych błędach ludzi, ale zawsze było to związane z Polską. Miał w sobie bardzo mocny element patriotyzmu. Zawsze starał się być tam, gdzie działo się coś, co miało związek z naszą Ojczyzną.

Można powiedzieć, że był człowiekiem starej daty, w dobrym tego słowa znaczeniu...

- W pewnym sensie tak. Patrzyłam na niego jak na kogoś, kto więcej wie i więcej może rozumieć - przez historię własnej rodziny i Polski, a miał do niej szczególny stosunek. Wiara z patriotyzmem mocno przeplatały się w jego życiu. Nie znosił przerostu formy nad treścią w teatrze, był przywiązany do tradycji, do teatru prawdziwego, czyli takiego, w którym aktor i słowo są najważniejsze, a nie wszelkie eksperymenty, w nich na pewno nie brał udziału.

Dziękuję Pani za rozmowę.


Za - http://www.naszdziennik.pl
17.04.2010 22:49
ZOSTAJE PO NAS ŚLAD

Niepublikowana rozmowa Temidy Stankiewicz-Podhoreckiej z wybitnym aktorem Januszem Zakrzeńskim, tragicznie zmarłym w katastrofie 10 kwietnia 2010 r. pod Katyniem


Ten głęboki, piękny dźwięk dzwonów kościelnych, który właśnie słyszymy, dochodzi chyba z bazyliki Świętego Krzyża, prawda? Można powiedzieć, po sąsiedzku, z Krakowskiego Przedmieścia, bo rozmawiamy w Pańskiej garderobie w Teatrze Polskim w Warszawie. Myślę, że te kościelne dzwony możemy symbolicznie potraktować jako swego rodzaju motto do naszej rozmowy. Jest Pan katolikiem, człowiekiem wierzącym, aktywnie uczestniczącym w życiu Kościoła. I nie wstydzi się Pan publicznie dawać świadectwa swej wiary, co - trzeba powiedzieć - nie jest dziś postawą poprawną politycznie. Mało tego, takie odważne świadectwo wiary w Boga może narażać Pana na niewybredne żarty, śmieszność, docinki, pukanie się w czoło. Wiem, że doświadcza Pan tego...

- Owszem, docierają do mnie odgłosy mówiące: "Jemu odbiło". Nie, nie odbiło mi. Cofnijmy się trochę w czasie. Pamiętam spotkanie Ojca Świętego Jana Pawła II z twórcami w kościele Świętego Krzyża w Warszawie podczas jednej z pielgrzymek Jana Pawła II do Ojczyzny. Ja nie otrzymałem zaproszenia, pewnie byłem niegodny tego spotkania. Ale stało się coś zupełnie dziwnego na schodach kościoła Wszystkich Świętych w Warszawie. Lubię ten kościół i często tam chodzę. Zresztą wezwanie kościoła jest, można powiedzieć, "zastępcze", bo kiedy wystąpiono z projektem budowy świątyni pod wezwaniem Matki Bożej Królowej Polski, car nie zgodził się, powiedział: Może być Wszystkich Świętych, tylko nie Matki Boskiej Królowej Polski. To bardzo znamienne. No więc któregoś dnia wchodzę po schodach do tegoż kościoła i nagle podbiega do mnie ówczesny wikariusz z pytaniem: "Czy otrzymał pan zaproszenie na spotkanie z Ojcem Świętym?". Odparłem: "Nie, nie byłem godzien". I wręcza mi zaproszenie.

Jak widać, nic się nie dzieje przypadkiem...
- Dzięki zaproszeniu byłem na spotkaniu z Ojcem Świętym. Zanim wszedłem do środka, widziałem stojących przed kościołem Świętego Krzyża tych, którzy też "nie byli godni" tego spotkania i nie otrzymali zaproszenia, a ja ich znam i wiem, że byli autentycznie godni. I wtedy jakoś nikt nie mówił, że tym wszystkim, którzy byli w kościele, "odbiło". A dzisiaj, jeżeli ktoś publicznie mówi o swojej wierze, o Bogu, to przyczepia mu się etykietkę, że mu odbiło. Ale nie jest to dla mnie przykre i nie skarżę się.

Jak Pan myśli, z czego wynika taka, powiedziałabym, dwoistość zachowań?
- Myślę, że w pewnym sensie staliśmy się społeczeństwem głuchych ludzi. Kładę to na karb odejścia od wartości humanistycznych, a więc wartości, że tak powiem, na wskroś ludzkich. Niestety, zatraciliśmy umiejętność wsłuchiwania się w przyrodę. To bardzo ważne. Bo jeśli potrafimy wsłuchać się w przyrodę, to potrafimy usłyszeć jej Stwórcę. A jeśli potrafimy usłyszeć Tego, który stworzył to wszystko, to potrafimy też usłyszeć drugiego człowieka. A zatem potrafimy wówczas także usłyszeć siebie. To wszystko jest szalenie ważne, bo wtedy zaczynamy się zastanawiać: jak to się stało, że nie jesteśmy sami. A my często zachowujemy się tak, jak byśmy byli sami. I ochoczo rzucamy kalumnie na drugiego człowieka.

Czy spotyka się Pan z pytaniem o swoje nawrócenie?
- Owszem, niektórzy pytają mnie: kiedy się pan nawrócił? Kiedy panu odbiło? Odpowiadam: wtedy, kiedy rodzice mnie ochrzcili. W takim razie odbiło też moim rodzicom i księdzu prefektowi Materskiemu, który mnie chrzcił. A idąc dalej, wczytując się i zasłuchując w Ewangelię, przypomnijmy przepiękną historię Zacheusza, który wdrapał się na drzewo, żeby zobaczyć Jezusa. A wcale nie był postacią świetlaną. Przecież to urzędnik Cesarstwa Rzymskiego, w pewnym sensie kolaborant, straszny człowiek. Ale miał dobrą wolę, chciał zobaczyć Jezusa. A Jezus nie przeszedł obok niego obojętnie, lecz powiedział: przyjdę do ciebie na kolację. Od razu rzucili się na Niego: komu Ty chcesz rękę podać? Z kim chcesz rozmawiać? Albo opowieść o kobiecie, która nawróciła się i własnymi łzami obmywała nogi Jezusowi. I znowu rzucili się na Niego: Na co Ty sobie pozwalasz? Wiesz, kim ona jest? A historia św. Pawła, który jako Szaweł prześladował Jezusa, a potem się nawrócił? Im wszystkim też "odbiło"?
Jakiś czas temu byłem w Houston w Teksasie, tam jest ośrodek NASA. Odwiedziłem muzeum lotów kosmicznych. Są tam statki, które lądowały na Księżycu, jest słynny Apollo 11, na którym trzech amerykańskich kosmonautów wylądowało na Księżycu. Wówczas przypomniałem sobie, że po powrocie na Ziemię jeden z nich powiedział: "Cóż znaczy człowiek na Księżycu, jeżeli Chrystus chodził po ziemi". Czy i temu kosmonaucie też "odbiło"?

A i na rodzimym gruncie mamy przecież niemało przykładów. Tutaj dochodzi jeszcze element patriotyczny, kulturowy, zakorzenienia w polskiej tradycji, gdzie wiara i patriotyzm splatają się w jedno.
- Idąc kiedyś z pielgrzymką na Jasną Górę, po drodze, w miejscowości Paradyż na pograniczu województwa częstochowskiego i radomskiego, ujrzeliśmy niewielki obelisk. A na nim jakże wymowny napis: "Panie Jezu, Tyś wywalczył dla nas niepodległość duszy, pozwól nam po latach niewoli, cierpień, poniewierki zachować wywalczoną niepodległość kraju. 1918 rok". Nie wolno nam niszczyć takich pomników.

Ów napis ma nie tylko wymiar religijno-historyczny. Świadczy o dorobku naszej duchowej niepodległości, której współczesne konteksty dopisują dodatkowe znaczenia.
- Czy tym, którzy wywalczyli suwerenność Polski i odwołują się do niepodległej duszy wywalczonej przez Chrystusa, w którego bez wątpienia wierzy wspomniany kosmonauta, też "odbiło"? A Mickiewiczowi, który pisał "Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie"? A Słowackiemu, Norwidowi czy Tuwimowi, kiedy pisał: "Jeszcze się kiedyś rozsmucę, jeszcze do Ciebie powrócę, Chrystusie"?

Wszystko to są trwałe ślady. Nie do zatarcia...
- Każdy z nas pozostawia po sobie jakiś ślad. Tak jak śpiewa Tewje Mleczarz w "Skrzypku na dachu", że "coś rodzi się, coś przemija, ale pozostaje po nas ślad". I nie wolno tych śladów zacierać. Nikomu nie wolno. Ale trzeba od czasu do czasu obejrzeć się za siebie i zobaczyć, jaki pozostawiamy ślad. To bardzo ważne, bo przecież ów ślad, który po nas zostaje, tworzy naszą tradycję, naszą obyczajowość, naszą kulturę. Musimy mieć świadomość, skąd pochodzimy, gdzie jest nasza kolebka, jaka jest nasza tradycja, nasza obyczajowość, nasza kultura.

Ale jako aktor na scenie teatralnej chyba nie za bardzo może się Pan obecnie realizować, albowiem te wszystkie wartości, o których mówimy, nie są dziś w modzie. Krótko mówiąc, nie mieszczą się w kanonie nowoczesności. A zatem próżno by ich szukać na scenie teatralnej.
- Ale młodzież tego potrzebuje. Mam na to dowody, często zawodowo spotykam się z młodzieżą jako pedagog, wykładam w Wyższej Szkole Menedżerskiej, a także od czasu do czasu mam zajęcia w jednym z seminariów duchownych, spotykam się też z młodzieżą w liceum na Polnej. I widzę, jaka dziś jest młodzież. Ci młodzi ludzie potrzebują oparcia na trwałych wartościach. Są spragnieni autorytetów. Kiedy przychodzą do teatru i w tym ich pierwszym zetknięciu się ze sztuką teatru odziera się ich tu z tradycji, to oni czują się zagubieni. Myślę, że podstawowym problemem jest to, iż czują się osaczeni, nie mają gdzie się zrealizować w sensie formacji duchowo-intelektualnej, która opierałaby się na wartościach, o których mówimy. Potrzebne jest takie miejsce w sensie, powiedziałbym, instytucjonalnym.

Takie miejsca formacyjne są przy kościołach, w ruchach młodzieży chrześcijańskiej, w oazach.
- Nie mówię tu o spotkaniach w maleńkich salkach parafialnych, gdzie dzieje się wiele wspaniałych rzeczy. Ale myślę o miejscu dużym, otwartym, oficjalnym, gdzie można przyjść, wyrazić swoje "nienowoczesne" poglądy, nie wstydzić się mówić o swojej wierze w Boga, o tym, że na przykład kocha się rodziców, i nie być narażonym na to, że ktoś powie: tobie odbiło. Chodzi o to, żebyśmy z naszymi wartościami przestali się czuć jak w pewnym sensie w katakumbach. No i żeby mieć takie miejsce, gdzie istnieje możliwość posłuchania przekazów sztuki, wspaniałej literatury. Mamy przecież taką, która niesie piękno, prawdę, dobro. Cała nasza wielka literatura klasyczna przepojona jest przecież wielkimi wartościami, właśnie pięknem, właśnie dobrem, właśnie prawdą. Weźmy wspominanego tu już Mickiewicza i w ogóle naszych romantyków. A Wyspiański, jego "Wesele", jakież jest dzisiaj szalenie aktualne.

Tam są wszyscy, cała galeria postaci. Także dzisiejszych. Łącznie ze Stańczykiem i Czepcem.
- A Czepiec, czyż to nie jest ten "czerep rubaszny" ze Słowackiego? "O Polsko, póki ty duszę anielską będziesz więziła w czerepie rubasznym". Wszystko jest u Wyspiańskiego, wszystko. Tylko trzeba to zrealizować n o r m a l n i e!

I to jest ta największa trudność. Bo najłatwiej postawić aktora do góry nogami i kazać mu wygłaszać Wielką Improwizację. Jakoś w tym kontekście nie widzę miejsca na scenie teatralnej dla aktora Janusza Zakrzeńskiego, niegdysiejszego Czepca w "Weselu" Wyspiańskiego, Wysockiego w "Nocy listopadowej" Wyspiańskiego, Essexa w "Elżbiecie, królowej Anglii" Brucknera, Horodniczego w "Rewizorze" Gogola, Bardosa w "Krakowiakach i góralach" Bogusławskiego, Don Carlosa w "Don Juanie" Moliera... Jak więc Pan dzisiaj odnajduje się w teatrze?
- Nie bardzo, toteż niewiele robię, nie często można oglądać mnie na scenie. Zawsze uważałem, że urodziłem się za późno. Przynajmniej o te kilkanaście lat. Bliskie mi jest stwierdzenie Prymasa Stefana Wyszyńskiego o sztuce, co zresztą powtórzył Ojciec Święty Jan Paweł II na wspomnianym tu już spotkaniu z twórcami w kościele Świętego Krzyża. Powiedział wówczas: "Sztuka powinna być jak psie języki liżące rany Łazarza chorego na trąd". Tak właśnie widziałbym teatr, jako miejsce, gdzie można byłoby przyjść i uleczyć rany. Bo my wszyscy mamy rany. A sztuka, teatr powinny stworzyć taką szansę dla ludzi zranionych, by przychodząc do teatru, mogli wyjść z niego z jakąś nadzieją, choćby ze światełkiem nadziei, a nie stłamszeni, opluci, przybici do ziemi, a nierzadko wręcz do rynsztoka.

A może to jest już tak, jak śpiewa Pan w utworze Jonasza Kofty: "Był bal, wielki bal, milion świec, tysiąc par. Kończył się tamten świat. Na tańczących cień już padł".
- Nie uważam, by skończył się bezpowrotnie. Tylko mało jest ludzi, którzy mówią o tym, że życie jest piękne.

Bo to dziś, z punktu widzenia współczesnego teatru, brzmi banalnie. A teatr w swojej "nowoczesności" i antyestetyce nie udźwignąłby takiego "banału".
- Ale życie jest piękne. Przepiękne. Przyroda jest piękna. I ludzie są piękni. Szkoda tylko, że nie zwraca się uwagi na ludzką wrażliwość, na łzy.

Nie ma też miejsca na pogłębioną refleksję w teatrze, a wrażliwym być nie wypada, bo się traci na fasonie. Nie wypada też płakać, bo to oznacza słabość. A na słabość, podobnie jak i na starość nie ma dziś zapotrzebowania, więc nie można sobie na nie pozwolić, bo z miejsca znajdziemy się na obrzeżach życia, na tzw. oucie, czyli na statusie niepotrzebności i nieprzydatności. Szkoda, że o tym teatr nie mówi.
- Czy ktoś dziś wspomina tych, którzy właśnie tak pięknie pisali o prostej sprawie: o miłości. "Powiedz mi, jak mnie kochasz..." Gałczyńskiego? A Hemar? Ileż u niego miłości i do człowieka, i do Ojczyzny, i ukochania życia. Bo - powtarzam - życie jest czymś tak pięknym, że aż dech zapiera...

Ma Pan ogromny dorobek artystyczny, wiele wspaniałych, znakomitych ról, część z nich pozostanie nam w pamięci na zawsze. Ma Pan też sporo rozmaitych doświadczeń życiowych. Oglądając się wstecz i spoglądając na przebytą drogę, gdyby przyszło Panu podsumować swoje życie, co by Pan w nim zmienił?
- Nie wiem. Trudne pytanie. Może byłem za bardzo łatwowierny. Życie różnie się układało. Był czas, że żyłem naprawdę w luksusowych warunkach. A potem mieszkałem w takich warunkach, gdzie był szron na ścianach. Kiedy ojciec siedział w więzieniu, było nam bardzo ciężko, nie mieliśmy z czego żyć. Przyszło mi doświadczyć wielu tragicznych sytuacji. Nie skarżę się, bo wielu ludzi było w o wiele trudniejszej i dramatyczniejszej sytuacji. Jedno wiem na pewno: nigdy nie sprzeniewierzyłem się Bogu, Kościołowi i nigdy nikogo świadomie nie skrzywdziłem.

Dziękuję za rozmowę.



PS Winna jestem Czytelnikom wyjaśnienie. Otóż rozmowę z Januszem Zakrzeńskim przeprowadziłam kilka lat temu, lecz nigdy dotąd jej nie opublikowałam. Powód był tak banalny, że aż wstyd powiedzieć. Otóż w dniu, kiedy przeprowadziłam rozmowę z aktorem, w moim mieszkaniu rozpoczynał się remont. Po powrocie więc do domu kasety z nagranym wywiadem starałam się ulokować tak, żeby w tym rozgardiaszu się nie zagubiły. Schowałam je na tyle skutecznie, że potem nie mogłam odnaleźć. Miałam ogromne wyrzuty sumienia wobec Janusza Zakrzeńskiego, który pewnie oczekiwał jakiegoś wytłumaczenia z mojej strony, dlaczego tekst nie jest publikowany. Zabrakło mi wówczas odwagi, żeby zadzwonić do aktora i powiedzieć, że remont, że nie mogę znaleźć kaset, że może jeszcze raz nagramy rozmowę... Ale tego nie zrobiłam, po prostu stchórzyłam, a czas mijał. Kilka dni temu o. Dariusz z Radia Maryja zaprosił mnie do audycji wspomnieniowej o tym wielkim aktorze i nagle przypomniałam sobie o kasetach. Bez trudu je odnalazłam. Poniewczasie. Może teraz, patrząc już na nas z góry, Janusz Zakrzeński wybaczy mi...


Za ["Nasz Dziennik" - Sobota-Niedziela, 17-18 kwietnia 2010, Nr 90 (3716)]
http://www.naszdziennik.pl/index.php?ty ... d=my51.txt
14.02.2011 19:05
Docierają do mnie tylko śladowe informacje o śledztwie smoleńskim. Słyszałam za to o promowaniu przez Edmunda Klicha, polskiego akredytowanego przy MAK, jego książki o systemowych teoriach katastrof lotniczych. To nie tak powinno wyglądać

WANDZIU, NIE ZAPOMINAJ O MOJEJ BASI

Z panią Barbarą Zakrzeńską, żoną śp. Janusza Zakrzeńskiego, wybitnego aktora tragicznie zmarłego w katastrofie rządowego samolotu Tu-154M pod Smoleńskiem, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler


Z jaką misją Pani Mąż udawał się 10 kwietnia do Katynia?

- Janusz miał tam czytać fragmenty listów oficerów zamordowanych w Katyniu, które znaleziono w dołach śmierci. Nigdy wcześniej tam nie był. Wylatywał jednak przygnębiony, długo w nocy siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Chcąc go rozweselić, napiekłam mu racuchów z jabłkami, które bardzo lubił. Zjadł je z wielkim apetytem.

Dlaczego był przygnębiony?
- Trudno mi powiedzieć, po prostu nie chciał lecieć. W przeddzień katastrofy byłam z Januszem u lekarza i miał bardzo dobre wyniki. Chodził jednak na badania, ponieważ miał kłopoty z kręgosłupem, dostawał zastrzyki. On nie mógł długo siedzieć, bo potem ten kręgosłup go bolał. Z tego też względu w ogóle nie rozważał jazdy pociągiem do Katynia. W grę wchodził jedynie samolot. Dwa dni czy może dzień przed katastrofą odczułam dziwnie silne wrażenie pustki wokół siebie, powiedziałam o tym Januszowi. Może sam też miał jakieś złe przeczucia? Proszę sobie wyobrazić, że gdy po katastrofie musiałam odwiedzić wiele urzędów i stowarzyszeń, by pozałatwiać w nich formalności po śmierci Janusza, dowiedziałam się, że we wszystkich, tzn. w ZUS, SPATiF, ZASP etc., on był tuż przed wylotem do Smoleńska. Był nawet u znajomej lekarki i powiedział jej: "Wandziu, nie zapominaj o mojej Basi". Pokrzepił mnie telefon od ks. abp. Andrzeja Dzięgi, który zadzwonił do mnie tuż po katastrofie i powiedział, że chce prowadzić Mszę św. pogrzebową Janusza. Okazało się, że Janusz spotkał się z nim również niedługo przed odlotem i pytał, czy przyjdzie na jego pogrzeb... Bardzo się cieszę, że Janusz był wcześniej u spowiedzi i Komunii Świętej.

W jaki sposób dowiedziała się Pani o katastrofie rządowego samolotu, którym leciał również Pani Mąż?
- O katastrofie zostałam poinformowana przez parkingowego z Teatru Polskiego, w którym pracował mój Mąż. Zadzwonił do mnie i krzyczał przez telefon, żebym włączyła pierwszy program TVP. U mnie pierwszy program ustawiony jest na TV Trwam. Włączyłam, dopiero po chwili zmieniłam na TVP. Zapamiętałam tylko obraz, na którym było widać kłęby dymu... Potem już nic nie pamiętam. Nie paliłam papierosów chyba z 15 lat, lecz w tamtym dniu wypaliłam paczkę. Dziś mam 72 lata, jestem po ciężkim zawale, coraz bardziej siły mnie opuszczają, nie sądzę, żebym się z tej strasznej tragedii podniosła. Choć minęło od niej prawie pół roku, wciąż żyję w ogromnym stresie, jak gdyby stało się to wczoraj. Nie potrafię się skupić, spokojnie myśleć, cały czas jestem na lekach antydepresyjnych.

Czy zdecydowała się Pani na wylot do Moskwy? Ktoś Panią do tego zachęcał bądź odwodził od tego?
- Nie poleciałam do Moskwy. Od razu przyszła do mojego domu lekarka syna, Marcina, dla niego strata ojca była strasznym ciosem. Ma 43 lata, lecz wymaga opieki lekarskiej, bo jest bardzo chory. Janusz oddał mu całe życie. Gdy wracał z pracy, rzucał wszystko i opiekował się Marcinem, razem wychodzili na spacery z psem, jeździli na koncerty Męża, syn pomagał mu także w sprawach administracyjnych w Towarzystwie Dobrych Obyczajów, które Janusz założył i prowadził w Warszawie. Z oczywistych względów Marcin nie mógł jechać do Moskwy. Natomiast ja na początku byłam spakowana i bardzo chciałam tam lecieć. Miałam jechać z siostrą Janusza, Teresą. Wyjazdu zabronili mi jednak lekarze, moje chore serce mogłoby bowiem tego nie wytrzymać. O mój stan zdrowia zawsze martwił się Janusz, odciążał mnie w pracy, sprawiał, abym niczym się nie martwiła. Nie pamiętam już, kto powiedział mi, że widok ciał naszych bliskich jest tak straszny, że absolutnie nie powinnam oglądać ciała Janusza. Teresa ostatecznie też nie pojechała. Nie chciałam, żeby sama jechała, nie darowałabym sobie, że mnie z nią tam nie ma. Wkrótce okazało się, że do identyfikacji ciała Męża potrzebne są próbki DNA. Zostały one pobrane ode mnie, Marcina i Teresy. Dałam także jego zdjęcia rentgenowskie i szczoteczkę do wąsów.


Jakie rzeczy Męża zwrócono Pani i w jakim były one stanie? Czy jest coś, czego Pani nie oddano, np. telefonu komórkowego?

- Rzeczy Janusza odbierałam w Mińsku Mazowieckim. Nie pamiętam, kiedy to dokładnie było. Przyszło dwóch żołnierzy, zasalutowało i wręczyło mi paczkę, w której były jego rzeczy. Oddali mi obrączkę, różaniec w torebce, paszport, okulary. Miał dwie pary. Janusz musiał coś czytać w samolocie, bo tych nie otrzymałam. Dostałam drugie, zgniecione, które musiał mieć w kieszeni. Otrzymałam również wejściówkę na pokład samolotu, długopis, ale wydaje mi się, że to nie był jego, i sto złotych, które zabrał ze sobą w drogę. Więcej pieniędzy nie brał, jak również telefonu komórkowego, bo wiedział, że jedzie tylko na parę godzin...

Rozważa Pani - podobnie jak niektóre rodziny ofiar - wystąpienie o ekshumację i ponowną sekcję zwłok Męża?
- Biorę pod uwagę taką możliwość. Mówiłam nawet księdzu z Powązek, że wystąpię o ekshumację. On jednak odradził mi to, mówiąc, że był u niego jakiś człowiek, który podobno widział ciało Janusza w Moskwie i że było całe. Nie daję temu wiary, bo przecież w Rosji zwłoki ofiar pokazywano tylko rodzinie, przynajmniej tak słyszałam. Jedynym moim marzeniem jest, żeby Janusz był w tej trumnie, nie wykluczam więc ekshumacji, gdyby było to niezbędne. Myślę, że ten ksiądz chciał mnie tylko uspokoić. Uwierzyłam jednak jego słowom, bo zwiódł mnie mój sen. Zaraz po katastrofie śnił mi się Janusz leżący w pozycji wyprostowanej na czarnej ziemi. Był w tym samym płaszczu, w którym poleciał do Smoleńska...

Otrzymała Pani z Moskwy jakieś dokumenty potwierdzające identyfikację ciała Męża?
- Nie chcę nawet wiedzieć, czy były jakieś problemy z identyfikacją ciała Męża, ale faktem jest, że nie dostałam żadnych dokumentów z identyfikacji. To nie jest tak, jak być powinno. Rodziny ofiar powinny znać wszystkie szczegóły na temat katastrofy i tego, co działo się z ciałami bliskich już po niej. Rzeczywistość jest jednak przygnębiająca. Nawet na lotnisku, gdy przywieziono trumnę z Januszem, dostałam akt jego zgonu z błędem. Jego mama, która nazywała się Szyszko-Bohusz, widniała tu jako Szyszka. To są szczegóły, ale ważne szczegóły. Od początku bardzo chciałam, żeby Janusz leżał na Starych Powązkach na zasłużonym miejscu, żeby, nie daj Boże, nie pochowano go na cmentarzu Wojskowym.

Pan Janusz od lat związany był ze Starymi Powązkami, na które co roku kwestował...
- To prawda. Od niepamiętnych czasów zbierał pieniądze na Powązki, jeszcze nawet przed Waldorffem. Jest drugi na liście tych, którzy uzbierali najwięcej pieniędzy na ten cmentarz. Pojechałam więc na Powązki do księdza, który sprawuje pieczę nad tym cmentarzem, i poprosiłam, żeby Janusz leżał na zasłużonym miejscu. Powiedział, że grób dla niego już się kopie niedaleko kościoła w bardzo ładnym miejscu. Coraz trudniej chodzi mi się na ten cmentarz. Codziennie staram się - chociaż mam trudności z modlitwą - odmawiać za niego Koronkę do Miłosierdzia Bożego. W pięciu kościołach zamówiłam w jego intencji Msze św. gregoriańskie.

Dostała Pani pomoc od państwa, finansową lub psychologiczną w tych pierwszych, najtrudniejszych chwilach po katastrofie i później, np. przy organizowaniu pogrzebu Męża? Czy kontaktowali się z Panią jacyś ministrowie, urzędnicy?
- Zaraz po katastrofie został nam przydzielony człowiek z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, który nas wszędzie woził, zawsze był na czas. Dopiero po pogrzebie oznajmił nam, że skończył już swoją działalność i że zostałam wraz z dwiema innymi rodzinami ofiar przydzielona pod opiekę Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Od rządu dostałam także 40 tys. złotych. Po pogrzebie urządziłam dla wszystkich osób przyjezdnych przyjęcie w Restauracji Lwowskiej w Warszawie, do której chodziliśmy często z Januszem. Organizacją transportu, w tym również dowozem gości autokarami, zajęło się również MSWiA. Podczas pogrzebu Janusza ważnym dla mnie gestem było to, że z czterech stron wykopanego grobu wisiały zasłony w kolorze purpury. Dzięki temu nie mam wrażenia, że wsadziłam go do ziemi, tylko takie, jakby odszedł ze sceny. Z Mszy św. pogrzebowej zapamiętałam jedynie ojca Tadeusza Rydzyka i ojca Piotra Andrukiewicza, którzy na nią przybyli. Bardzo się wzruszyłam, gdy ich zobaczyłam, od początku bowiem słucham Radia Maryja. Dzięki tej rozgłośni i ojcom, którzy w niej posługują, nie tracę sił do życia. Bardzo im za wszystko dziękuję. Niestety, nie pamiętam homilii pogrzebowej ani momentu, w którym przyznano pośmiertnie Januszowi wysokie odznaczenia.

Wiem, że od dnia katastrofy przed Pani domem gromadziły się spontanicznie rzesze ludzi, którzy darzyli Pani Męża ogromnym szacunkiem. Kto to był? Ich postawa dodawała Pani otuchy?
- Pod dom i do domu przychodziło bardzo wielu serdecznych ludzi: znajomi, sąsiedzi, a także osoby zupełnie obce. Przynosili kwiaty, zapalali znicze. Proszę sobie wyobrazić, że natychmiast po katastrofie, na furtce przed moim domem, ktoś powiesił kir z kwiatem. Nie mam pojęcia, kto to zrobił. Od razu rozdzwoniły się telefony z Polski i z zagranicy, dzwonili znajomi duchowni, świeccy, rodzina, przyjaciele. Dziś trudno mi przypomnieć sobie wszystkie osoby, by im podziękować. Byłam w wielkim szoku. Do domu dostałam nawet kwiaty ze Stanów Zjednoczonych, z Chicago... Od dnia katastrofy nie czytałam prasy, poza "Naszym Dziennikiem". Wiem jednak, że ukazało się wiele nekrologów Janusza i tekstów wspomnieniowych. Wszystkim za życzenia i pamięć o nim z serca dziękuję. Pan sobie nie wyobraża, jak ludzie za Januszem płakali i jak jeszcze płaczą. Pamiętam dzień, gdy koleżanka zawiozła mnie do sklepu w centrum Warszawy. Gdy sprzedawczyni dowiedziała się, komu sprzedaje towar, pociekły jej łzy. To tylko potwierdza fakt, że Janusz był człowiekiem bardzo znanym i cenionym, aktorem bardzo polskim. Wszyscy ludzie, których spotykam, o nim pamiętają. Nie spodziewałam się tego.


W kwietniu mieli Państwo obchodzić kolejną rocznicę ślubu... Choć pochodziliście Państwo z dwóch różnych środowisk - Pan Janusz z dworu z Przededworza, Pani z Zakopanego - widać było, że rozumieliście się bez słów. Gdy trzy lata temu rozmawialiśmy wszyscy razem, podkreślała Pani, że jest w Panu Januszu cały czas zakochana...

- Byłam w nim zakochana, bo był bardzo troskliwym Mężem. W grę nie wchodziła jakaś zdrada czy tym podobne rzeczy, mimo że w środowisku aktorskim, niestety, wiele osób nie dotrzymuje wierności małżonkom. Zawsze mogłam iść z podniesioną głową do teatru. Janusz bardzo mnie szanował, zresztą tak samo jak ja jego. Czasami mówił mi tylko, że go nie doceniam. 30 kwietnia 1964 r. braliśmy z Januszem w Krakowie ślub cywilny, a po nim ślub kościelny w Zakopanem. Nie wiedziałam, że przyjdzie mi tę rocznicę spędzać samej. Dziś wracają obrazy sprzed kilkudziesięciu lat, z dnia, w którym zamówiliśmy razem Mszę Świętą przed naszym ślubem cywilnym. Pamiętam, że któreś z nas wymyśliło, by w czasie Podniesienia zamienić się obrączkami. Zapamiętałam ten moment na całe życie... Janusz nigdy nie zdejmował obrączki, chyba że miał jakąś rolę, która wymagała, by jej nie miał na palcu. Zostawiał ją wówczas pod toaletką w garderobie w teatrze lub wkładał do torebki z różańcem, z którym również się nie rozstawał. On często modlił się na różańcu, zresztą był człowiekiem bardzo wierzącym. Gdyby pan wszedł do jego pokoju, zobaczyłby Pan w nim mnóstwo religijnych przedmiotów, obrazów, książek. Dzień przed wylotem czytał książkę o Jezusie pt. "Jezus żyje", dziś leży otwarta na stronie, na której ją zostawił. Wszystkie odznaczenia, jakie dostawał, składał przed obrazem Matki Bożej.

Jakie mieli Państwo plany na przyszłość?
- Janusz żył benefisem 50-lecia swojej pracy aktorskiej, który miał się odbyć 15 maja w Belwederze. Z początku odradzałam mu jego organizowanie, mówiłam mu: "Januszku, na 40-lecie swojej pracy miałeś w Teatrze Polskim fantastyczny benefis, nie przebijesz go. Nigdy wcześniej nie słyszałeś tylu aplauzów, nie widziałeś morza kwiatów, którymi cię obsypano...". Odpowiadał wówczas: "Słuchaj, ale to jest Belweder...". Zaczęliśmy więc kompletować skład, kogo zaprosić na ten benefis. Ten Belweder w jakimś sensie zobowiązywał go też, by wziąć udział w delegacji do Katynia, na którą zaprosił go w oficjalnym piśmie minister Władysław Stasiak, szef Kancelarii Prezydenta RP.

Ma Pani swojego pełnomocnika, który reprezentuje Panią w kwestiach dotyczących śledztwa?

- Miałam do niedawna adwokata, któremu dałam pełnomocnictwo do załatwiania wszelkich spraw związanych z katastrofą. Mieszka niedaleko mnie. Po katastrofie od razu przyszedł do mnie z żoną i zobowiązał się do pomocy. Rzeczywiście wszystkim bardzo się zajął. Niestety, ostatnio nie mogliśmy się porozumieć. Zdenerwował mnie tym, że namówił mnie na wywiad dla dziennikarki "Polityki". Zapewniał, że ten wywiad będzie z korzyścią dla mnie. Później w tym piśmie pojawił się materiał, którego nigdy bym nie autoryzowała. Rozstałam się więc z moim mecenasem. Była u mnie jakiś czas temu pani Zofia Wileńska z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, która zapewniała, że skontaktuje się ze mną jakiś pełnomocnik, ale nikt się do mnie nie zgłosił. Zostałam więc sama, bez adwokata.


Ile razy była Pani przesłuchiwana w sprawie katastrofy?

- Byłam na początku na zebraniu prokuratorów z rodzinami ofiar. Pamiętam, że podeszła wtedy do mnie dziennikarka z TVN, prosząc o wywiad, oczywiście odmówiłam jej. Przesłuchiwana jednak ani razu nie byłam, tak zadecydował wspomniany mecenas, który jeszcze wtedy mi pomagał. W prokuraturze był mój syn. Nie wiem jednak, o co go pytano, nie znam się na tych procedurach. On sam też nie pamięta. Wiem, że były to standardowe pytania, które zadawano wszystkim.

Czy, według Pani, polski rząd dołożył wszelkich starań, by przyczyna katastrofy Tu-154M została należycie wyjaśniona? Nie dziwi Pani fakt, że już w pierwszych godzinach po katastrofie pod Smoleńskiem zrzucano winę na polskich pilotów?
- Uważam, że strona polska w ogóle nie stara się dojść do prawdy. Zrzucanie winy na zmarłych pilotów jest czymś potwornym. Podobnie jak wiele rodzin ofiar twierdzę, że nie jest możliwe, by tutaj zawinił błąd pilota. Nie do pojęcia jest dla mnie fakt, że panowie Tusk i Komorowski oddali śledztwo Rosjanom. Nie mogę też pojąć, jak można było już na samym początku śledztwa wykluczyć możliwość zamachu.

Co sądzi Pani o fakcie, że Edmund Klich, polski akredytowany przy rosyjskim Międzypaństwowym Komitecie Lotniczym, wyjechał już z Moskwy, a zajął się teraz z rozmachem promocją swojej najnowszej książki o systemowych teoriach katastrof lotniczych? Planuje nawet dopisanie rozdziału o katastrofie smoleńskiej...
- Informacje o śledztwie docierają do mnie tylko śladowe, i to jedynie poprzez media. Słyszałam za to o promowaniu przez Edmunda Klicha jego książki. To nie tak powinno wyglądać. Od samego początku mam wrażenie, że robi się wszystko, by tę narodową tragedię wyciszyć.

Ma Pani kontakt z rodzinami innych ofiar? Podejmowali Państwo wysiłki, aby zwrócić uwagę na niepokojące aspekty dotyczące wyjaśniania przebiegu i przyczyn katastrofy?
- Jestem jeszcze w tej chwili w strasznym stresie i nie mam sił, by udzielać się medialnie. Nikt też z rodzin innych ofiar tak naprawdę nie zwrócił się do mnie. Sama zwróciłam się do pani Barbary Stasiak. Jedynie z nią utrzymuję dziś kontakt, bo osób z pozostałych rodzin po prostu nie znam. Uważam jednak, że zarówno Stowarzyszenie Katyń 2010, jak i Zespół Parlamentarny ds. Wyjaśnienia Katastrofy Smoleńskiej mają absolutną rację, że domagają się wyjaśnienia przyczyn katastrofy.


Modliła się Pani przy krzyżu na Krakowskim Przedmieściu? Jak odebrała Pani akcję usunięcia krzyża?

- Nie czułam się na siłach, by chodzić przed krzyż. Zabolało mnie jego usunięcie, bo to było dla rodzin ofiar i rzeszy Polaków ważne miejsce i ważny symbol. Sposób, w jaki go usunięto, jak również wcześniejsze potajemne wieszanie tablicy na Pałacu Prezydenckim było czynem niegodnym. Nie rozumiem, dlaczego krzyż nie mógł stać na Krakowskim Przedmieściu.

Czy - Pani zdaniem - przed Pałacem Prezydenckim powinna się znaleźć godna forma upamiętnienia ofiar katastrofy smoleńskiej?
- Na Krakowskim Przedmieściu powinien znaleźć się bardzo ładny pomnik. Osobiście nie podoba mi się projekt obelisku z dłońmi, o którym mowa była w telewizji. Proponuję, żeby do jego wykonania zaangażowano artystę Andrzeja Renesa, który ma w dorobku bardzo piękne pomniki. Sama zleciłam mu wykonanie pomnika dla mojego Męża na Powązkach. Uważam, że mój Mąż zasłużył na piękny nagrobek, dlatego pomimo znacznych kosztów (67 tys. zł) zdecydowałam się mu go wystawić. Wsparło mnie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które przeznaczyło na ten cel 30 tys. złotych. Dostałam również 6,5 tys. zł od Szwadronu Kawalerii im. II Pułku Szwoleżerów Rokitiańskich z powiatu starogardzkiego, za co im serdecznie dziękuję.

Dostała Pani zaproszenie na pielgrzymkę samolotową do Smoleńska, na 10 października? Będzie Pani w niej uczestniczyć?

- Dostałam zaproszenie na pielgrzymkę do Smoleńska, dzwoniono do mnie też z MKiDN. Nie wezmę jednak w niej udziału. Nie rozumiem, jak można organizować taką pielgrzymkę, skoro na miejscu katastrofy znajdowane są jeszcze szczątki ludzkie. Przecież to straszne! Poza tym pojawia się tu także kwestia wspomnianego krzyża z Krakowskiego Przedmieścia. Sama jestem osobą bardzo wierzącą i krzyż ma dla mnie szczególne znaczenie, ale wykorzystywanie go do celów politycznych przez rządzących przy okazji pielgrzymki jest dla mnie nie do przyjęcia. Wolę pojechać do Zakopanego, gdzie 10 października o godz. 10.00 w kościele św. Antoniego u Ojców Bernardynów, gdzie braliśmy z Januszem ślub, zostanie odprawiona za niego Msza Święta.

Dziękuję za rozmowę.

Za - "Nasz Dziennik" - Sobota-Niedziela, 2-3 października 2010, Nr 231 (3857)
http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po41.txt
1.07.2012 12:41
W hołdzie Januszowi Zakrzeńskiemu

]W niedzielę w kościele parafialnym na warszawskim Służewie poświęcone zostanie epitafium w hołdzie wybitnemu aktorowi Januszowi Zakrzeńskiemu, który zginął pod Katyniem.

- Bardzo bym chciała, by o Januszu pamiętano, bo naprawdę zasłużył na to swoim życiem, zarówno aktorskim, jak i rodzinnym. Byliśmy ze sobą zawsze razem, przez 46 lat. Był bardzo dobrym mężem i ojcem - wspomina w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Barbara Zakrzeńska, wdowa po wybitnym aktorze, który zginął w katastrofie smoleńskiej.

Zaznacza, że żaden z historyków czy publicystów nie zrobił tyle dla popularyzacji postaci Józefa Piłsudskiego, co jej mąż. Za najlepszą rolę męża uznaje jednak kreację postaci Witkacego w filmie "Tumor Witkacego".

- Uważam, że rola Witkacego była najlepszą rolą w jego życiu, ale dziś nikt się nie kwapi, by ją przypomnieć. Teraz liczy się tylko miernota - mówi ze smutkiem wdowa po aktorze.

Dzięki burmistrzowi Chmielnika i księdzu proboszczowi tej rodzinnej miejscowości Janusza Zakrzeńskiego 15 maja 2010 r. na cmentarzu parafialnym stanął duży obelisk upamiętniający tę postać. Później, w sierpniu 2010 r., w Michałowicach pod Krakowem z inicjatywy Związku Piłsudczyków pojawiła się na głazie narzutowym tablica pamięci, na której również oddano hołd związanemu ze środowiskiem piłsudczyków aktorowi.

Wydawać by się mogło, że teraz czas na środowisko aktorskie. Tym bardziej że Zakrzeński przygotowywał się przed wylotem do Katynia do benefisu 50-lecia pracy aktorskiej, który miał świętować w Belwederze. Niestety, jak na razie o żadnej inicjatywie upamiętnienia Janusza Zakrzeńskiego przez aktorów nie słychać.

- Trochę nas to dziwi i smuci, bo wydawać by się mogło, że środowisko aktorskie będzie podejmować jakieś inicjatywy mające na celu upamiętnienie tej postaci, a tak się nie dzieje. A przecież pan Janusz Zakrzeński był jedynym aktorem, który zginął w tragedii smoleńskiej. I to aktorem z najwyższej półki. Trudno mi powiedzieć, czemu środowiska artystyczne nie pamiętają o swoim koledze - mówi Jan Kasprzyk, prezes Zarządu Głównego Związku Piłsudczyków.

Epitafium na Służewie

Z inicjatywy proboszcza parafii św. Katarzyny w Warszawie ks. prałata Józefa Maja, Barbary Zakrzeńskiej i jej syna Marcina oraz Związku Piłsudczyków w kościele parafialnym Janusza Zakrzeńskiego zostanie umieszczone epitafium jemu poświęcone. Odsłonięcie płaskorzeźby autorstwa Jerzego Tepera odbędzie się w niedzielę, 1 lipca, o godz. 12.30.

- Uroczystość rozpocznie Msza św. w intencji śp. Janusza Zakrzeńskiego i wszystkich pozostałych ofiar tragedii smoleńskiej. Odprawiona zostanie w wigilię 85. rocznicy koronacji obrazu Matki Bożej Ostrobramskiej, dla której Janusz żywił wielką cześć - podkreśla Barbara Zakrzeńska.

Organizatorem upamiętnienia jest Związek Piłsudczyków. Jak zapewnia Jan Kasprzyk, uroczystość będzie miała szczególną oprawę artystyczną, wystąpi chór Wojska Polskiego, z którym pan Janusz występował od lat 70., śpiewając pieśni żołnierskie i legionowe. Ma być również wojskowa asysta honorowa i wojskowy posterunek wartowniczy.

W trakcie uroczystości przywołana zostanie anegdota zasłyszana od księdza Zdzisława Króla (również zginął w katastrofie smoleńskiej), którą aktor często opowiadał.

- W uroczystości koronacji obrazu w 1927 roku w Ostrej Bramie uczestniczył Marszałek Piłsudski, lał wówczas straszny deszcz. W związku z tym chciano ją przenieść z Ostrej Bramy do katedry wileńskiej, ale na to Piłsudski absolutnie się nie zgodził. Któryś z księży rozpostarł więc nad Marszałkiem parasol, lecz Piłsudski zganił go, mówiąc: "Schowaj, ksiądz, parasol. Jak koronują Królową Polski, można stać na deszczu". Tę anegdotę pan Janusz bardzo często przypominał, sam zresztą miał nad swoim łóżkiem, podobnie jak Marszałek Piłsudski, wizerunek Matki Bożej Ostrobramskiej - wspomina Kasprzyk.

- Miałem być koordynatorem benefisu Janusza Zakrzeńskiego. Moja ostatnia rozmowa z nim odbyła się w jego domu 7 kwietnia 2010 r., ustalaliśmy wtedy listę gości. Byłby to benefis naprawdę wart postaci, która świętowałaby 50-lecie pracy artystycznej, bo gdzież, jak nie w Belwederze, pan Janusz miałby obchodzić benefis? - mówi nasz rozmówca.

Związek Piłsudczyków podjął starania, by jesienią (na imieniny Janusza Zakrzeńskiego) stanęło w Teatrze Polskim - z którym aktor związany był od 1967 roku - jego popiersie. Związek planuje także wydać na 10 kwietnia 2013 r. duży album poświęcony temu wybitnemu aktorowi.

Piotr Czartoryski-Sziler


Bibliografia

[Nasz Dziennik - Sobota, 30 czerwca 2012]


http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... kiemu.html